Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Wielkanoc 2013


Z okazji Świąt Wielkiej Nocy  wszystkim Czytelnikom i  Mamom:
Przyszłym, Młodym i Doświadczonym
życzę spokojnych i rodzinnych Świąt.
Niech ciepło i życzliwość otaczają Was
nie tylko w te szczególne dni,
a Wiosna gości w sercach i za oknami przez cały rok.
Wesołego Alleluja!

Ciążowy biznes

Jeszcze w zeszłym roku zaopatrzyłam się w jeansy z pasem ciążowym sztuk dwie. Z myślą, że trzeba bo jednak zima, a jeans jest uniwersalny i na pewno nie raz się przyda. Założyłam sobie że wydam na spodenki około 150 złotych – oczywiście za dwie pary. Przeżyłam szok i niedowierzanie, bo tyle zapłaciłam ale za jedną parę! ! Gdy tylko pomyślę, jak producenci wykorzystują portfele przyszłych mam doczepiając do wszystkiego nazwę “ciążowy” mam dreszcze i chce mi się płakać. Taki sam odruch mam, gdy otwieram szafę - brzusio rośnie, a jej zasoby się wyczerpują, zmuszając mnie coraz bardziej do wybrania się na zakupy. Do tej pory nosiłam szersze bluzki, rozciągałam na brzuszku swoją ulubioną bluzę i kupowałam w lumpeksach. Ale ile można nosić za duże i lumpowe rzeczy? Poza tym nie oszukujmy się, żeby znaleźć coś, co dobrze wygląda i nadaje się do noszenia trzeba trochę pochodzić i poszukać… Od zakupu jeansów odsuwam w czasie wycieczkę do sklepów. Ze względów ekonomicznych i psychicznych. Po prostu nie mam nastroju wydawać pieniędzy tylko po to by za dwa i pół miesiąca zastanawiać się, co zrobić z bluzkami… Niby problem nie duży, a tak irytujący. Czasem chciałabym już móc wrócić do swojej dawnej garderoby…

Małe gesty – duży blask

W zasadzie, będąc w siódmym miesiącu ciąży nie zwracałam uwagi na “przywileje” jakie mi przysługują z tego tytułu. Tłumaczyłam sobie, że zima i kurtka zasłania dowód w postaci brzucha. Albo, że w sumie nie czuję potrzeby wykorzystywania swojego stanu. Aż kolega męża zapytał mnie, czy ludzie przepuszczają mnie w kolejce w sklepie. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, że nie. I usłyszałam historię, jak to ów kolega stał w kolejce w markecie, i na końcu tej kolejki dostrzegł panią w ciąży. Postanowił ją wpuścić przed siebie, więc zawołał ją “przez” całą kolejkę. Pani się spłoszyła, grzecznie podziękowała i pozostała na swoim miejscu. Za to ludzie stojący w kolejce nie wyglądali na uszczęśliwionych, że znalazł się taki jeden wyrywny… I tak sobie myślę, co się dzieje z naszym społeczeństwem? Nie należę do osób, które sądzą że z powodu mojego stanu należy mi się szczególne traktowanie. Nie raz irytują mnie pytania typu “jak się czujesz?” czy wyrywanie lekkiej siatki przez wrażliwą teściową – bo w ciąży nie można dźwigać. Jednak, gdy stoję w kilometrowej kolejce i czuję, że kręgosłup mi zaraz pęknie, marzę o tym by znalazł się jeden wrażliwy. Może trochę naiwnie, ale obstaję przy tym, że wszystko co dajemy od siebie prędzej czy później do nas wróci. W małych gestach jest siła, potrafiąca rozjaśnić nawet najgorszy dzień. Dlatego z mężem nigdy nie szukamy na siłę, ale gdy dostrzeżemy okazję to “rozdajemy” małe gesty. Dlaczego ludzie tak boją się być trochę bardziej wrażliwi? Czasem tak bardzo smutna jest znieczulica społeczeństwa…

Imię dla mojego dziecka

Nie ukrywam, że czytałam rankingi najpopularniejszych imion w roku 2012/2013. Przyznaję się, że to zrobiłam i pogodziłam się z faktem, że w pierwszej dziesiątce znajduje się Szymon. Odrobiłam “pracę domową” i zaakceptowałam fakty. I nie wiem, czy to wpływ zbliżającej się wiosny i ludzie z dziećmi zaczęli wychodzić na miasto… Wszędzie są małe dzieci o imieniu Szymon. I teraz nie wiem, czy oswajać się z faktem że Mały będzie miał 10 kolegów w klasie o tym samym imieniu, czy zastosować alternatywę: Tymon. Wiedziałam, że z imieniem będzie ciężko. Ale że aż tak?! ;) Nie wiem, nie wiem… Czy to pierwsze symptomy “matki – psychopatki”? :)

Jak spać?? Co łykać ?? ;]

Wczoraj skończyliśmy 27 tydzień. Na wadze mamy +7 kilo.
Za sobą mam ciężką noc. Mimo, że poducha jest rewelacyjna, to zaczyna mnie męczyć spanie na bokach. Coraz ciężej mi idzie gramolenie się w nocy (śpię koło ściany), spanie na boku to jednym to drugim robi się coraz bardziej męczące. Tęsknię do spania na brzuchu… Dodatkowo dziś śniły mi się jakieś koszmary i obudziłam się bardzo wystraszona. Do tego wstawanie do toalety. Co prawda przywykłam już do tego tak bardzo, że coraz częściej budzę się dopiero gdy zaczyna mnie boleć pęcherz. Trochę to dziwne, i równie męczące jak dotychczas. To chyba wszystkie przyczyny mojej senności trwającej od godziny 17… Ale za to ruszają już u nas przygotowania. Komoda została oczyszczona ze zbędnej makulatury, druga część to dola męża. Kupiliśmy pudła na papiery, które “wyjadą” do piwnicy. Jutro albo w sobotę “wchodzę” do szafy, w której pojawi się miejsce na ciuszki Szymona. Chciałabym przed świętami zacząć pranie bodziaków, ale zobaczę jak mi pójdzie. W między czasie czekają też na umycie okna. Choć Teściowa mnie gania, że mam nie ruszać okien i Arek ma to zrobić – więc ja mu po prostu pomogę ;]
Nie wiem już, czy pisałam ale zaczęłam łykać Falvit Mama. Według wskazań mojej lekarki łykam co drugi dzień jedną. W sumie wybrałam je ze względu na cenę, bo moja lekarz powiedziała mi że mogę kupić co tam mi przypadnie do gustu – wszystko ma taki sam skład. I jak zwykle okazało się, że cena to nie wszystko. Tabletki są tak duże, że ciężko mi je połykać… a chciała kobita zaoszczędzić… Drogie panie, co łykacie? ;)

Witaminka O

No, to weekend za nami. Bardzo miły, z przyjaciółmi. A że z przyjaciółmi czas leci szybko… to o 4 poszliśmy spać ;) Podobało mi się. Mój mąż zabrał mnie także na spacer na plażę. Słoneczko, fale i duuużo jodu. Godzinka w sobotę i półtorej dziś. Człowiek od razu nabiera innego spojrzenia na życie. Promienie słoneczne dostarczają nie tylko witaminki D ale również O – optymizmu ;) A teraz już najwyższy czas wziąć się porządnie do roboty. Tylko pytanie jak? Odnoszę wrażenie, że ciąża rozleniwia. Są dwie opcje: albo dostaniesz hormonalnego kopa i będziesz biegać jak kot z pęcherzem i wszystko załatwiać a w momencie gdy zaczniesz rodzić masz wszystko przygotowane i dopięte… albo rozleniwisz się strasznie i stwierdzisz że masz jeszcze czas i znajdujesz tysiące innych powodów by te przygotowania w czasie odsunąć. Niestety nie czując “dzieciowego blues 'a” wpadasz w stan ciążowego rozleniwienia. I mnie to chyba spotkało. To znaczy nie jest to tak, że nie robię nic – proszę mnie nie brać za mega lenia ;) Ale rozważania nad różnymi opcjami, i nie możność dokonania ostatecznego wyboru w jakiejkolwiek kwestii jest strasznie męczące. Nigdy wcześniej moja decyzyjność nie była na tak niskim poziomie. Wszystko zwalam coraz częściej na Arka, wyznaczając ewentualnie zakres w jakim może się poruszać. Dlatego też muszę przyznać, że mój mąż jest bardzo dzielny. Pięknie stanął na wysokości zadania i jest dla mnie ogromnym wsparciem. Szczęśliwa była to godzina, w której los skrzyżował nasze drogi.

Mężu… czas się mobilizować ;) Wiosna w powietrzu i Syn w drodze. Będą niedługo…

Udany zakup

Następna wizyta u lekarza 10.04. Wszystko sprawdzone, tętno ok, wyniki wzorowe. Papierek do szkoły rodzenia jest. Witaminki mam brać co drugi dzień. Jak to powiedziała pani doktor – teraz będzie witamin ubywać więc co drugi dzień można. Podoba mi się jej podejście. Do tej pory nie brałam żadnych tabletek a słyszałam że wielu lekarzy przepisuje “profilaktycznie”. Gdyby nie rosnący brzuszek nie wiedziałabym że jestem w ciąży ; ).  Jako wzorowa panikara i pesymistka czasem zastanawiam się czy “dobrze jak nie za dobrze”? Tym bardziej, że przeczytałam właśnie rewelacje u Klaudyny i jestem w lekko zaskoczona informacją, że lekarz pomylił się w ocenie wieku maleństwa o 30 dni. Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie, no ale że tak już – teraz? W Polsce a nie Ameryce? : ) A tak serio – Klaudyno uszy do góry, przecież Maluch jest zdrowy i będziesz za chwilę tulić go w ramiona. Trzymam za Was kciuki.
I jeszcze szybciutko o wrażeniach z pierwszej nocy z poduchą. Mam trochę mieszane uczucia, bo jestem osobą, która strasznie się wierci w nocy. Ciągle zmieniam pozycję i szukam tej wygodnej. Do tego często wstaję do toalety. Dlatego trochę mnie irytowało “instalowanie” się w poduszkę za drugim – trzecim razem. Poza tym było mi bardzo ciepło, i nie wiem czy to efekt poduchy czy po prostu mąż za mocno grzał ; ). Jak się spało? Poza tymi paroma minusami – które będę jeszcze sprawdzać – nie dostrzegam innych. Faktycznie obudziłam się z mniej napiętymi łydkami, i faktycznie już w nocy czułam, że poducha odciąża kręgosłup i barki. Dzięki temu śpię na boku, a nawet lekko na brzuszku, równocześnie nie czując dyskomfortu. Ośmielę się napisać że nie pamiętam kiedy miałam tak dobrze podparty kręgosłup śpiąc w pozycji bocznej. Także rozumiem dziewczyny które zachwalają tego typu wynalazek i dołączam do ich grona. Warto. Podejrzewam, że jeszcze długo po porodzie będę z niej korzystać.

Wycieczka na oddział

Po małych wczorajszych rewolucjach i dzisiejszym porzuceniu przez męża wybrałam się razem ze szkółką na zwiedzanie oddziału położniczego w Sztumie. Oczywiście “zwiedzanie” odbyło się pod czujnym okiem pani położnej, która wszystko pokazała i opowiedziała. Oddział okazał się kameralnym oddzialikiem po remoncie. Jedna sala do porodu rodzinnego, wyceniona przez dyrekcję szpitala na 200zł i 41 gr oraz jedna sala “ogólna” oddzielona kaflowymi “półściankami” posiadająca 3 albo 4 łóżka porodowe… i przypominająca wielką salę eksperymentów doktora Frankensteina. Następnym punktem był kącik noworodka, gdzie po naturalnym porodzie przenoszony jest maluch (pod czujnym okiem taty) a następnie warzony, mierzony, oceniany i co bądź tam dalej. Potem noworodek trafia na oddział noworodków. Oglądaliśmy też salę operacyjną – tak, tak sztumski oddział położniczy ma swoją małą salkę operacyjną gdzie odbywają się zabiegi cesarskiego ciecia. Jest ona umiejscowiona bardzo blisko sali porodowej, więc w razie komplikacji przy naturalnym porodzie, rodząca ekspresowo trafia pod nóż. Oddział poporodowy to dwie sale  w tym jedna pooperacyjna dla pań po cesarskim cieciu. Łazienka, ubikacja, kuchnia… Wszystko robi wrażenie dość przyjemne i kameralne. Chyba ogólnie mogę powiedzieć, że nawet po uwzględnieniu mojej “szpitalofobii” całość mogę ocenić pozytywnie. Nie wiem czego się spodziewałam, jednak jednego jestem pewna – wyszłam ze szpitala dość uspokojona i nie negatywnie nastawiona. A na mnie to już dużo. Strasznie żałuję tylko, że na zwiedzanie oddziału nie poszedł ze mną maż… ale co się stało to się nie odstanie. Grunt, że mam to za sobą. Teraz tylko urodzić ; ) DSC_0004
No i dziś odebrałam moją poduchę. Zaraz idę ją testować. Boli mnie trochę głowa i kręgosłup – a więc sprawdzimy jak się odnajdę z nią w nocy… Mam nadzieję że mnie nie zawiedzie  ; ) Jutro też wizyta u mojej doktorki. Sama jestem ciekawa co u Szymona ; )
Aaaa i zapomniałabym o rzeczy jakże oczywistej – zmiana “wystroju” bloga. Jakoś tak nie podobały mi się te dmuchawce i postanowiłam zupełnie zmienić to miejsce. Planuję jeszcze parę graficznych zmian, jednak będę je powoli wprowadzać. Mam nadzieję, że Wam się spodoba ; )

Przygotowania czuć w powietrzu

Wczoraj dostałam pierwszą partię wyprawki do szwagierki. Ubranek mam przynajmniej na rok. Są to głównie długie rękawki, gdyż Janek urodził się pod koniec września, ale dokupienie paru bodów z krótkimIMG_0580i nie będzie problemem. Trochę bucików, kurteczka gdzieś nawet była. Wśród tych skarbów znalazłam piękne śpioszki,  z jakże wzruszającym napisem “kocham mojego tatę” ; ) Na razie wszystko zostało posegregowane według rozmiarów i ułożone do kartonu. W tygodniu kupię proszek, albo płyn do prania i zacznę powolutku prać. Na blogu Weroniki znalazłam post o płynie do prania Concertino, i chyba się w niego zaopatrzę. Tym bardziej, że siostra męża stwierdziła, że drugi raz nie kupiła by proszków do tego zajęcia. Według niej są bardziej higroskopijne, i zamiast jej się w pralce rozpuszczać, zostawiały gluty. Wcześniej jednak znajdę miejsce w szafie… Niezła okazja do zrobienia porządku ze swoją garderobą. Na pewno znajdę tam trochę rzeczy, których już nie założę…

W piątek również w końcu zamówiłam poduchę. Zdecydowałam się na SuperMami. Rychło w czas, gdyż coraz częściej budzę się w nocy, a rano mam bolący krzyż. Dziś nawet czułam (i jeszcze czuję) napięte  łydki. Ale cóż począć … koniec dwudziestego szóstego tygodnia zobowiązuje, waga pokazuje 6 kilo do przodu, mały rośnie szybciej i brzuch się powiększa. Zostały tylko trzy miesiące… a nie dawno było ich aż dziewięć.

Rekonesans

Och, nareszcie ten dzień się kończy. Jakąś godzinę temu wróciłam ze szkoły rodzenia. Dziś było o rodzeniu łożyska i pierwszych dwóch godzinach po porodzie. Pani położna uraczyła nas też zdjęciami z fachowej literatury, z etapu w którym rodzi się główka – nacięcie krocza i takie tam… Jakoś nie mieliśmy ochoty przyglądać się tym zdjęciom, ale w końcu mąż chciał wiedzieć, co go czeka. Teraz wie. Po zajęciach zagadnęliśmy panią położną o moją sytuację – to jest temat cesarskiego ciecia. Oczywiście, była to krótka rozmowa, bo jak się okazało będzie o tym i o wskazaniach do cesarki na dalszych zajęciach.  Jednak zostały przez nią rozwiane nasze ostatnie nadzieje na poród naturalny. W skrócie: skierowanie od lekarza prowadzącego ciąże na oddział i bez gadania cesarka. Tak właśnie Szymonek przyjdzie na świat i wyląduje w ramionach taty – kangura. Za tydzień mamy wizytę na oddziale. Cieszę się, mimo mojej “szpitalofobii”. Przed każdą walką warto poznać teren wroga…

Dziś moją głowę zaprzątała też inna myśl i inny temat, a mianowicie pieluch wielorazowych. Znalazłam dwie strony sklepów oraz mnóstwo wypowiedzi na forach na ten temat. Nie będę ukrywać że zaczęłam rozważać skorzystanie z takiej możliwości. Nie mówię tu o używaniu tego rodzaju pieluch cały czas, ale np. będąc z malcem w domu – czemu nie? Na pewno przyniesie to oszczędności na zużywaniu pieluszek jednorazowych, które do tanich nie należą. Tak mi się przynajmniej wydaje. Na forach opinie są różne. Mamy, które używają wielorazowych pieluch w większości piszą pozytywnie. Mamy które nie używają, szczerze wątpią w oszczędności poczynione tą drogą i zaklinają się że nie wyobrażają sobie prania smrodków swoich maluchów. Zapisałam sobie dwie strony interentowe: http://www.babyetta.pl oraz http://nappime.pl . Ta pierwsza oferuje próbne zestawy pieluszek, które ewentualnie można później powiększyć w razie potrzeby i korzystać dalej… Druga też ma fajną ofertę.

Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Ekologicznie i oszczędnie? Czy strata czasu?

Przesilenie

Ostatnio mam wrażenie że ciągle narzekam na wszystko. Ale jak nie narzekać i nie marudzić, gdy słońce za oknem, a ja muszę siedzieć w domu zakopana pod stertą zasmarkanych chusteczek? Jeszcze nie dalej jak miesiąc temu przechodziłam strasznie męczące przeziębienie. Efekt był taki, że noce nieprzespane miałam ja i mój mąż. Bo tak mnie zatykało, że co godzinę się budziłam. Więc przez bite dwa tygodnie walczyłam z tym ustrojstwem sposobami domowymi, bo nikt nie chciał mnie leczyć “normalnie” (no jak to, przecież pani jest w ciąży! – o matko! nie wiedziałam!!). A tu proszę, powtórka z rozrywki. Smarkanko, kaszelek, tony chusteczek i czosnku. Po prostu pięknie. Zastanawiam się tylko, dlaczego lekarze są tacy opieszali. Lepiej żeby matka dwa tygodnie się męczyła, czy żeby szybko ją wyleczyć? Według tych pracujących w Sztumie – niech się męczy babsko jedno, chciało ciąże – to ma.

Na szczęście w nocy spałam w miarę dobrze, a dzisiejszą datę mogę opisać jako pierwszą noc Szymona. Kończymy 25 tydzień, i maluch skacze już zupełnie inaczej. Czasem czuć go ze wszystkich stron na raz, czasem robi meksykańską falę ; ) Do tej pory chyba spał razem ze mną, i byłam przekonana że po wczorajszym dniu – bardzo aktywnym z resztą – będzie tak tym razem. A nie było. Podświadomie czułam jak odstawia te swoje dzikie harce, a od rana średnio raz na godzinę – półtorej nadrabia to co czego nie mógł przez ostatnie 6 miesięcy, czyli skacze dalej ; ) Na razie przyjmuje to z uśmiechem i czekam kiedy obije mamusi nereczki ; )

Z wizytą w wózkarni

W czwartek bodajże wspólnie z mężem postanowiliśmy zbadać temat wózków. Ciągle prześladowało nas przeświadczenie, że zakup wózka to nie tani interes, a przecież malec rośnie szybko. Zgodnie stwierdziliśmy, że kupimy limuzynę przez interent i używaną – bo taniej. No tak, ale pojawił się problem: czym się kierować? Zapytaliśmy “fachowców” ze sklepów z wyprawką dla niemowlaków. Jako, że mieszkamy w niedużej miejscowości, do wyboru mieliśmy tylko dwa sklepy. W jednym z nich miła pani od razu do nas podeszła i wręczyła karteczkę z nagłówkiem: “ABC przyszłych rodziców”. Zapoznanie tematu przed taką wycieczką okazuje się naprawdę pomocne, bo już po minucie wychwyciłam kilka pozycji które nie są super mega niezbędne do wyprawki i zależą tylko i wyłącznie od naszego portfela i  “widzimisię”. Śmiało do takich rzeczy mogę zaliczyć: sterylizator do butelek, termo – opakowanie do butelek, szczoteczka do czesania czy śpiworek do wózka. Ale wracając do wózka, “pani od karteczki” zaprezentowała nam kilka wózków bardzo ochoczo, wprawnie wskazała zalety wózków 2w1 i  3w1, zaprezentowała elementy tych pojazdów i co ważne – przynajmniej dla nas – wskazała wózki Polskich producentów. Wrażenie zostało bardzo pozytywne, a w porównaniu do tego co widziałam na allegro.pl – naprawdę super. Wózków używanych polskich producentów nie znajdzie się tam dużo, a nowych – też ciężko. Dodatkowo, polski produkt wcale dużo nie odbiega od zagranicznych, a może być tańszy. Czego chcieć więcej?

Oczywiście, wózek kupimy w sieci – bo taniej o 300 zł niż w sklepie, i nawet mam już upatrzony model: http://sklep.babymerc.pl/zestawy/98-3w1-najnowszy-zestaw-baby-merc-q7-x-kolekcja-2012.html  ten sam, który pokazała nam “pani karteczka”

Szok, oczywiście

Mam w domu męża. Chorego męża. Dopiero w czwartek udało mi się go wygonić do lekarza. Pół godziny gadania wystarczyło, by zagnać go do wyrka. Należy zaznaczyć, że było to tylko pół godziny. No cóż, prawdziwy mężczyzna. ; ) Na szczęście zdążył pójść ze mną na naszą pierwszą lekcję do szkoły rodzenia. Wniosek po tych zajęciach mam tylko jeden: bardzo skutecznie odsuwałam od siebie myśl i wyobrażenie o porodzie. Okazało się że w tym osiągnęłam w tym perfekcję. Rezultat był taki, że przez półtorej godziny słuchałam o drugiej fazie porodu machając przy tym rękami, nogami i ćwicząc oddechy. Dopiero na drugi dzień poprawił mi się humor na tyle że dotarły do mnie argumenty męża: lepiej się przygotować na to co nas czeka, niż iść na żywioł. Cholera – no ma rację chłop, ale weź to kobieto “przełknij”. Strach przed tym co będzie się działo z twoim ciałem, odwróć się plecami do swojej psychicznej intymności i wyrzuć w błoto skrępowanie, pozwalając obcym ludziom co pół godziny zaglądać ci między nogi… gdzie będzie królował przez być może 12 godzin mały człowieczek próbujący się wydostać na ten trudny świat. Autentycznie poziom mojego niezadowolenia sięgnął zenitu. Zastanawiam się, jak to będzie w następną środę. Czy już minął pierwszy szok i teraz będę to przyjmować ze spokojem, czy może znowu zamknę się w sobie i będę kontemplować swoje nieszczęście w samotności?

Z drugiej strony jak sobie pomyślę ile nowego wniesie mały Szymek do naszego życia, nie mogę się doczekać… No i masz co chciałaś kobieto…