Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Złoty środek i ogólne szczęście

Ostatni wpis w kwietniu i… zostanie nam praktycznie miesiąc z haczykiem. Czas pędzi szalenie. Na szczęście, poza przygodami w pierwszym trymestrze nie miałam żadnych innych (odpukać! ! !). W zasadzie ogarnia mnie mega lenistwo. A sporo spraw jeszcze do zrobienia, obecnie jednak jestem na etapie odpoczywania i robienia minimum. Co prawda to początek 34 tygodnia, ale czuje się momentami jakby był to już 50 tydzień mojej ciąży, i dalej użalam się nad swoim kręgosłupem… brzucho już też mnie ciągnie w dół, mały obija żeberka. Eh… wiem, co post to użalam się nad niedogodnościami, aż czasem mi wstyd. Jednak z drugiej strony postanowiłam bojkotować piękne obrazki ciąży, pokazywane nam przez media i prasę. Puste hasła, o pięknym czasie w życiu kobiety, wyczekiwaniu. Robi się ludziom sieczkę z mózgu, pokazując “idealne” panie domu, uśmiechnięte, zadbane, radosne, z maluchami na rękach. Jakże mało kobiet ma odwagę powiedzieć, że ciąża to dla nich katorga, że nie radzą sobie z rolą matki, że się najzwyczajniej boją. Czasem, zaglądając do internetu, czy do gazety dedykowanej mamom i przyszłym mamom, z niedowierzeniem kiwam głową. “Złote porady” na kolki, na płacz, na dobrą kupkę… na wszystko! I wszystko opatrzone zdjęciami szczupłych, szczęśliwych i niezmęczonych mam z równie szczęśliwymi dziećmi. Istna sielanka. Tylko iść i się pociąć… ;]
Zdecydowaliśmy się pojechać na “majówkę”. Mam sporo obaw i wątpliwości, ale co tam… Przyda się odpoczynek – nie tyle mi, co mężowi. Trochę się wyrwie, odetnie od codzienności. Potem już tylko wielkie odliczanie. Wizyta w laboratorium, u doktórki oraz czas pakować torbę. Wydaje mi się, że mimo planowanej “cesarki”, warto mieć ją przygotowaną “na wszelki”…   Wszystkim życzę ciepłej majóweczki, dużo relaksu i odpoczynku. :)

Idealny moment

Jeszcze nikt nie zdefiniował idealnego momentu na dziecko. To jak utopia, senne marzenie, jak zatopiona Atlantyda czy utracone Pompeje. Mam 27 lat, za 1,5 miesiąca Szymek będzie z nami. Jak ktoś stawia mi pytanie czy jestem gotowa, szczerze do bólu odpowiadam że nie. I nie wstydzę się tego. Owszem, czuję ciężar odpowiedzialności za to nowe życie, jestem świadoma, że przez pierwsze lata życia to ja i mąż będziemy kształtować tego małego człowieczka. I równocześnie cieszę się, wyczekuję i boję. I jestem spokojna – czasem ;)
Idealny moment? Kiedy okazało się, że się udało, finansowo byliśmy dość stabilni, ja miałam bronić pracy licencjackiej, czuliśmy się pewnie. W przeciągu pierwszych 3 – 4 miesięcy wszystko się sypnęło. Nasza stabilizacja zamieniła się w sinusoidę, graniczącą z mega wariacją poplątaną z niepewnością. I ciągnie się to tak do dziś. Ja nie wyrobiłam się z terminem obrony, samochód powoli się sypie. Bywają dni, że zobowiązania finansowe piętrzą się nam przed oczami niczym góra lodowa przed Titanic’em…
Czy to jest idealny moment? Dla mnie tak. Nie mogło być lepszego. Resztę jakoś się naprawi, ogarnie. Bo fakt naszego rychłego rodzicielstwa nie wpłynął na naszą sytuację, tylko cała masa innych czynników. Pojawienie się dziecka czy jego nie pojawienie, nie zmienia nic. I tak walczylibyśmy o pieniądze. Teraz po prostu będzie jeszcze jeden człowieczek do kochania, dla którego trzeba będzie być silnym. To źle? To wspaniałe, że jest dla kogo walczyć, żyć i komu pokazywać że życie naprawdę może być piękne…
Refleksja powstała, po przeczytaniu posta na blogu Jestem mamą po krakowsku. Pozdrawiamy ;)

Rozbicia ciąg dalszy…

Mam dylemat, chciałam kupić jakąś fajną lampkę nocną do kącika Szymka. Myślałam o lampkach Pabobo, ale mąż się zbuntował i powiedział że mu się nie podobają i że będzie co innego. Tylko ze mąż nie jest zainteresowany szukaniem, więc siedzę i dumam i szukam, żeby COŚ fajnego synkowi kupić. Zastanawiam się też, jak urządzić kącik, by był trochę przytulniejszy. Łóżeczko zostanie wstawione do naszego pokoju sypialnianego, jako że mamy tylko dwa pokoje, w późniejszym czasie planujemy naszą wyprowadzkę do salonu. A do tego czasu będziemy w trójkę. I chciałabym Szymkowy kącik uczynić bardziej Szymkowy. Może jakieś literki na ścianę? Szukam pomysłu i inspiracji, ale że ostatnio jestem jakoś taka wypompowana, to naprawdę nawet nie wiem, co bym chciała. Że już nie wspomnę – gdzie szukać.

Właśnie klarują się nam majówkowe plany. Powoli i topornie, ale coś tam się zarysowuje. Wyjazd do Siemian z towarzychem. Nie wiem, na ile pojedziemy, bo nie wiem ile wytrzymam. Po pierwsze moje wyobrażenie o ciąży było takie, że największe bariery przyjdzie mi pokonywać bliżej końca, niż na dwa miesiące przed końcem. Jakże się myliłam. Na każdym kroku dostrzegam swoje ograniczenia. Rozwalone noce i poranki coraz bardziej wpływają na moje dni, które również są coraz bardziej rozwalone. Zadyszki, sapki, bóle kręgosłupa, nocne wędrówki, zgaga, puchnące kostki po dłuższych spacerach czy nocne skurcze łydek… Trochę się obawiam, tego wyjazdu, a z drugiej strony bardzo go wyczekuję. Nie chciałabym swoim marudzeniem, czy innymi hormonalnymi nastrojami popsuć zabawę innym. Dlatego też, mąż mi przyznał rację, i stwierdził że na moje hasło – uciekamy. Dzielny ten mój Arek, mimo że mnie czasem wkurza, to znosi tak wiele… ; )

Krótko…

Właśnie wróciłam z ostatnich zajęć ze szkoły rodzenia. No dobrze, trochę ubarwiam, bo pani położna zasugerowała, że jeszcze na dwa – trzy zajęcia mogłabym pochodzić, jako że trzy pierwsze opuściłam. Ale przyznam się szczerze – cholernie mi się nie chce, i chyba sobie daruję. Gdyby mi się wszystko tak chciało, jak mi się nie chce… eh….. Dziś było o karmieniu piersią, laktacji, i o wyprawce do szpitala. Generalnie, w Sztumie to jest tak, że dla małego oprócz pampersów mam nie brać nic więcej, poza Bepanthenem. Dopiero na wyjście ciuszki, kocyki i inne pierdy… Dla siebie dwie koszule, osłonki na piersi, klapki pod prysznic, do chodzenia, podkłady poporodowe (opcjonalnie) oraz kosmetyki swoje codziennego użytku…. Czyli chyba taki standard okołoporodowy plus oczywiście dokumenty. 
Pierwsze pranie mam za sobą. W ruch poszły kocyki i ręczniczki kąpielowe. Suszą się pięknie na balkonie. Za niedługo pójdą w ruch – a raczej w pralkę, pieluchy tetrowe i flanelowe razem ze śpiworkami. A potem już ciuszki… Uzupełniłam też trochę zakupy wyprawkowe, a zamierzam też zakupić Baby Box – zainspirowana przez Mamę Maksa. Ale ten gadżet zamówię po majówce, kiedy finanse dostaną zastrzyk wsparcia. 
Jako, że dziś chodzę strasznie senna, chyba zaraz idę spać. Strasznie ciężko mi za cokolwiek się było wziąć, chyba z trzy razy się mobilizowałam żeby zrobić pranie – a zrobiłam dziś dwa i ugotować obiad. A czuję się tym tak wykończona, że aż dziw że same mobilizowanie się, może być tak męczące ;)

Właśnie dostaliśmy informację, że nasi znajomi rodzą. Leonku, zapraszamy do nas ;) Mamo i Tato Leona – 3mamy kciuki ;)

Złość obiboctwem spotęgowana

Chyba jestem zła. Albo nawet trochę bardziej ZŁA niż zła. Bezproduktywna sobota dobiega końca. Owszem, kupiłam dziś w końcu koszulę nocną i szlafrok, by jak coś (odpukać) mieć coś swojego na garba w szpitalu… ale żeby kolejną z rzędu sobotę nie zrobić nic?! N I C ! Do szewskiej pasji doprowadza mnie widok zapakowanych przeze mnie kartonów, walających się po małym pokoju oraz po przedpokoju i czekających już trzy tygodnie na wyniesienie do piwnicy. Do tego stopnia wkurza mnie ten stan rzeczy, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. Kiedy zaglądam do łazienki, i widzę stertę ciuszków, przygotowaną od półtora miesiąca do prania, zalewa mnie krew. Kiedy wchodzę do garderoby, i widzę bałagan, bo obrazy nie wyniesione, buty nie zrobione… Ciągle chodzę, i powtarzam sobie, że mam się nie nakręcać. Oddychać głęboko i równie głęboko mieć gdzieś ten stan rzeczy. Bo przecież, gdybym nie mówiła, gdybym nie prosiła… ale ja mówię, proszę i czekam… i się wściekam.

Stan mój dzisiejszy zawdzięczam mężowi. Dziękuję mężu. Dzięki Tobie mógł powstać ten post, a ja mogłam wylać tu swoją żółć. Publicznie.

Publicznie: dziękuję. Pozdrawiam, idę skopać wieczka kartonom.

Po ludzku ?

Nie wiem, czy wynika to z mojego stanu, czy po prostu jakaś moda jest na ciążę… nie wiem, ale “widzę” więcej. Dziś, na przykład w radiowej Trójce pan Kuba Strzyczkowski postawił pytanie: “Czy w Polsce rodzimy po ludzku?”. Wyniki – 21% słuchaczy mówi TAK, 79% – NIE.  Zanim podano wyniki, prowadzona była – jak zwykle – dyskusja ze słuchaczami oraz zaproszonymi gośćmi. Lubię tę audycję, ale w tym odcinku nie było nic porywającego. Nikt nie powiedział nic nowego, nie odkrył ameryki… jedynie co mnie oburzyło to wypowiedź jednej pani, która zadzwoniła i stwierdziła że dzisiejsze kobiety się użalają i pieszczą nad sobą. Że ona rodziła 40 lat temu, ból był i będzie, a skoro się decydujesz babo rodzić, to to rób, a nie wymagasz Bóg wie czego… (trochę ubarwiłam, ale taki był ton wypowiedzi tej pani). Byłam w szoku. Czy to oznacza, że jako rodząca mam się godzić na chamskie odzywki personelu, ignorancję, brak informacji czy zaniedbania wobec mojej osoby czy mojego dziecka? Nie chcę tu szerzyć czarnych scenariuszy, bo nie o to mi chodzi. Ale wszystkie doskonale wiemy że wszędzie – a nawet na porodówce – można trafić na niewłaściwych (delikatnie mówiąc) ludzi. I mam udawać, że pada jak plują?
Ok, wzrasta świadomość rodzących co do ich praw. Co z tego, skoro Ministerstwo Zdrowia wydaje zalecenia dla placówek szpitalnych a nikt ich nie respektuje? Pomijam fakt, że okazuje się także, że nikt nie ma nad tym kontroli… Ba! Przecież prawa pacjenta obowiązują nie tylko na porodówce, i nie tylko tam są łamane! Czy usprawiedliwieniem dla tych położnych (lekarzy, pielęgniarek, salowych… i innych z personelu szpitalnego) jest fakt, że uczyły się zawodu 20 – 30 lat temu , kiedy obowiązywały inne procedury?
Tak naprawdę temat jest jak rzeka, i można zadawać w kółko pytania, i w nieskończoność czekać na odpowiedź. A przecież wszystko sprowadza się do jednego: nie bądź drugiemu wilkiem, bo kiedyś znajdzie się wilk większy od ciebie i cię wykończy…
Dla zainteresowanych znalazłam parę ciekawych stron:
Ciekawostką, obrazującą “skuteczność” działań fundacji Rodzić po Ludzku, było przyznanie pani Joanny Pietrusiewicz (prezes fundacji), że ordynatorzy oddziałów odznaczonych przez jej organizację nie znali standardów propagowanych przez nią! Śmiać się? Czy płakać?

Zainspirowana…

Postem Sroki, zaczęłam się zastanawiać: po co piszesz bloga? Dlaczego siadając do komputera zaglądasz do innych blogowiczek i z ciekawością patrzysz co u nich słychać, o czym dziś napisały? Czy chodzi Ci o popularność i tylko o popularność? Czy blog jest dobry, czy zły? Może źle piszesz, może dublujesz, może bredzisz, może piszesz o niczym?

I w końcu między jednym a drugim smażonym naleśnikiem mnie olśniło: przecież stworzyłam to miejsce, bo lubię pisać. Bo cieszę się, że może ktoś zajrzy, poczyta, czasem zostawi po sobie ślad. Jestem w  100% pewna, że gdybym pisała do zeszytu, słowa te nigdy nie znalazłby odbiorcy, nawet przypadkowego. A tu nagle okazuje się, że dzięki takiemu pomysłowi, mogę nie tylko rozwiać swoje wątpliwości, poczytać rady, czy zobaczyć jak radzą sobie inne kobitki. Mogę poczuć przynależność do grupy Mam i Przyszłych Młodych Mam, zobaczyć co uważają za przydatne dla siebie, z jakich produktów korzystają, czy co akurat kupują. Tak, życie blogowej mamy wciągnęło mnie, lubię to po prostu. I na facebooku udostępniam swoje posty, by moi znajomi zobaczyli z czym akurat się mierzę ;) I rozumiem również postawę Sroki, i jej zniesmaczenie. Bo jak można się nie zrazić, kiedy się wchodzi na blog, który ma być o rodzicu i dziecku, a po lewej i prawej ogląda się kaskady banerów reklamowych?

I napisała to ta, która nawiązała współpracę z jedną z firm… ;) Cóż za ironia, prawda?

A teraz idę malować paznokcie… i będzie to lakier z AVONU a zmywacz z Rossmana ;)

Postępy wyprawkowe

Lista wyprawkowa zaczyna mi się w końcu powoli kurczyć. Wczoraj, dość późnym wieczorem wybraliśmy się w końcu do hurtowni Bajka w Dabrówce Tczewskiej i zamówiliśmy wózeczek. Koniec końców kupiliśmy Zagmę x6 w kolorze brąz – beż z kołami szprychowymi oraz czarnym stelażem. Koła i kolor stelażu to wybór mojego męża. W sumie cały wózek to jego wybór. Ja tylko decydowałam o kolorach. Zazwyczaj “sprawy techniczne” zostawiam jemu, a wózek taką sprawą dla mnie był. Kompletnie nie wiedziałam na co patrzeć, co jest ważne, a czytanie różnych poradników jakoś mi nie pomagało. Dlatego sprawdziłam tylko czy jest lekki i zwrotny w sklepie. Teraz czekamy trzy tygodnie. W połowie maja będzie furka dla Szymka. Kupiłam też ręczniki do kąpieli, jeden kocyk, podgrzewacz do butelek LOVI, oraz termometr elektroniczny firmy MesMed. Szczerze mówiąc mam wątpliwości co do tej machiny, ale mam nadzieję że nie szybko będę mogła je rozwiać. Zastanawiam się, czy to wszystko z “technicznych” rzeczy jakie powinnam mieć w domu dla naszego synka. Co prawda brakuje mi jeszcze aspiratora, ale dziś albo jutro zamówię. Reszta, to raczej rzeczy “kosmetyczne” i lampka nocna. Bardzo mi się podobają rozwiązania Pabobo, ale na razie myślę o  najzwyklejszej lampce tej firmy – do kontaktu. No i chyba w końcu zacznę kompletować powoli swoją wyprawkę do szpitala.  Do tego zabieram się jak pies do jeża, a coraz więcej radości odnajduję w kupowaniu wyprawki dla Szymona. Czyli “wio do przodu” ;)
A na koniec extra gatki zakupione przez niezastąpioną mamę męża ;)
IMG_0629

Liebster blog

Dołączyłam do grona nominowanych w zabawie Libster Blog przez dwie przyszłe mamy: Anię oraz Ewę.
lblog
Od Ewy zapożyczyłam wyjaśnienia: Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
A więc pozostaje mi odpowiedzieć na pytania :)
Pierwsze, od Ewy:
1. Kot czy pies? – zdecydowanie pies
2. Mieszkanie czy dom? – dom
3. Chciałabym mieć ...(ilość) dzieci? – ciężko powiedzieć, na razie to jedno stanowi wyzwanie
4. Mama na pełen etat czy pracująca? – mama pracująca
5. Córka czy syn? ( kogo się spodziewałaś zanim się dowiedziałaś) – córka( a będzie synek)
6. Jaką chcesz być mamą dla swojego dziecka? – najlepszą w granicach rozsądku
7. Dlaczego blogujesz? – bo lubię dzielić się swoimi myślami, spostrzeżeniami, lubię je zapisywać, może komuś się przydadzą? ;)
8. Twoje największe marzenie? – spokojna starość z mężem, umiejętne pielęgnowanie wzajemnej miłości, szacunku, nauczenie tym samym naszego dziecka szacunku i miłości
9. Idealne życie wg. Ciebie – życie z moim mężem
10. Pracujesz w wyuczonym zawodzie? – nie, z zawodu jestem Technikiem Obsługi Ruchu Turystycznego :)
11. Ciąża to okres..? – piękny, ale pełen wyrzeczeń … i przejściowy :)
Pytania Ani:
1. To co Ci w sobie przeszkadza? – nieśmiałość, ale nie umiem się jej pozbyć, ani przełamać
2. Twoja osoba w trzech słowach? – wysoka, marzycielka, panikara
3. Pora roku, którą lubisz..? – wiosna albo jesień… nie umiem zdecydować ;)
4. Znak zodiaku? – wodnik
5. Miasto w którym mieszkasz..? – Sztum
6. Wiadomość o tym, że zostaniesz mamą była dla Ciebie ..? – wiadomością wyczekiwaną
7. Czujesz się spełnioną w życiu? – tak, jak najbardziej
8. Dziecko to dla Ciebie..? – niezapisana, cenna karta, której trzeba napisać wstęp,  by dalej mogła sama kreować swoją historię
9. Macierzyństw wg Ciebie, to ..? -  wyzwanie i odpowiedzialność
10. Jestem szczęśliwa, bo ..? – mam miłość, reszta przyjdzie sama
11. Nie lubię ..? – wielu rzeczy, ale najbardziej chyba chamstwa, wścibstwa i głupoty…
Trochę się napociłam nad odpowiedziami… ale teraz moje nominacje:
Oraz moje pytania:
  1. Góry czy morze?
  2. Najcenniejsza chwila w moim życiu to …
  3. Życiowe motto?
  4. Gdybyś mogła cofnąć czas…
  5. Najlepsza jestem w …
  6. Nie toleruję…
  7. O każdej porze dnia i nocy mogę…
  8. Co Cię pchnęło do blogowego świata ?
  9. Największe wyzwanie w życiu to…
  10. Idealny poranek nie może istnieć bez…
  11. Wino czerwone czy białe ?
Przypadła mi jeszcze jedna nominacja od Mam na karuzeli – dziękuję bardzo :) Na pytania odpowiem poniżej:
1. przytulanki - szyjesz czy kupujesz? – kupuję
2. słodycze dla dzieci - codziennie czy w weekendy? – nie wiem, nie rozważałam jeszcze tych opcji ;)
3. książeczka czy bajka w telewizji? – książeczka (!!!)
4. Twoja ulubiona przekąska – dużo bym znalazła, na pewno czekolada :)
5. wakacje nad morzem czy w górach? – w górach
6. lektura na wakacje - co planujesz przeczytać? – nie robię planów czytelnianych, co mnie interesuje to czytam
7. ulubiony zabieg w domowym SPA ? – manicure :)
8. kolor pokoju, kącika Twojego dziecka – brąz i krem
9. ćwiczenia w domu, na powietrzu czy na siłowni? – na powietrzu
10. ulubiona książeczka Twojego dziecka? – niestety, Szymek jeszcze nie ma preferencji ;)
11. ulubione perfumy mamy – Charlie White firmy Revlon

































Praktyka, praktyka i jeszcze raz…

Dziewczęta, dziękuję Wam bardzo za tak duży odzew w poprzednim poście. Nie powiem, jestem troszkę zaskoczona, że metoda pani położnej okazała się aż tak “nieidealna”. Bo w końcu, na mój mały rozumek, w szkole rodzenia powinny być przekazywane rzetelne informacje co do pielęgnacji bobasa, a nie jakieś idee. Krem Bepanthen znam dobrze, i zamierzam i tak się w niego zaopatrzyć, ale nie wpadłabym na to że rumianek może bardzo uczulać i pewnie jak ten osioł kąpałabym w nim Malca, a potem zastanawiałabym się “o co chodzi??”… Po raz kolejny okazuje się, że teorię a praktykę XX wieku dzieli przeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeepaść tak wielka, że chyba nikt nie zbuduje nad nią solidnego mostu. Niech żyje praktyka Młodych Matulek ! ;)
Teraz trochę nowinek – co u nas. Nie pisałam od środy, bo jakoś mi czasu brakowało – choć niby nic strasznego się nie działo. Wizyta u pani doktórki jak zwykle pozytywnie. Mały waży 1750 g, rośnie sobie spokojnie, wody płodowe ok. Trochę martwiłam się, czy po cichaczu nie szykuje się już do nas – wspominałam o twardniejącym brzuszku – ale na szczęście jest ok. Dostałam mały ochrzan, że teraz mam już się nie przemęczać, nie szaleć i odpoczywać. Przeszło mi tylko przez myśl, czy można się jeszcze bardziej nie przemęczać, niż ja teraz? ;] Kolejna wizyta ósmego maja. I będzie to jedna z ostatnich. Kiedy to do mnie dotarło, szybko przekalkulowałam że nasz czas się kurczy. Pisałam już wcześniej, jak to czas leci, i w ogóle… ale naprawdę nie mogę się nadziwić. W każdym takim “małym” wydarzeniu widzę tylko tarczę zegara z szybko 100_3335obracającymi się wskazówkami. A to oznacza pobyt w szpitalu… czasem mam wrażenie że ta perspektywa coraz mniej mnie przeraża, a czasem na samą myśl mam ochotę obgryźć wszystkie paznokcie. No cóż… zło konieczne.
Zdjęcie obok przedstawia tęczę, jaką widzieliśmy w sobotę wieczorem wracając z zakupów. Jak dla mnie – wiosna w powietrzu :)  Miłego dnia!  :)

Nowa wiedza–praktyczna?

No to dzisiejszą rundkę mam za sobą. Na 16 doktórka, na 17 Nauka Rodzenia… A do południa przygotowywanie wyprawki dla mamy i Szymka. W sobotę chcemy ruszyć na zakupy, więc w końcu zmobilizowałam się i spisałam co trzeba dokupić. Przyznam, że powstała dość pokaźna lista – szczególnie dla Szymona, na której postawiłam wiele znaków zapytania. Listę podzieliłam na trzy “segmenty”: akcesoria, kosmetyki, ubranka. Ta ostatnia dotyczy głownie Małego i ma raczej pokazywać ile czego powinno być, i czego ewentualnie szukać w zwożonych rzeczach. Dopiero ostatnim etapem będzie kupno brakujących “szmatek” ;). Największe braki mamy w “akcesoriach”, gdzie umieściłam m. in. aspirator do noska, termometr elektroniczny, ręczniki kąpielowe, kocyk cienki czy termofor. Rubryka z kosmetykami jest dla mnie najbardziej intrygująca. Szczególnie teraz, gdy wróciłam z dzisiejszych zajęć Szkoły Rodzenia. Ale o tym za chwilę. A więc w chaotyczną rubryką “kosmetyki” wpisałam z rana m.in. chusteczki mokre, bepanhten, krem sezonowy do buzi, pampersy, jałowe gaziki… A teraz, moja ściągawka ma zagwozdkę. Gdyż pani położna z nauki rodzenia,  prowadziła dziś wykład na temat pielęgnacji noworodka. A że DSC_0020jest zwolenniczką naturalnych metod zaklinała trzy “kosmetyki”: mydło rumiankowe, rumianek i mąkę ziemniaczaną. I nie powiem, jej argumenty nie były mega szalone i fanatyczne, a rozsądne. Naprawdę do mnie trafiały. Na pierwsze dwa miesiące podobno są najlepsze. Do kąpieli – mydło rumiankowe, do przemywania: oczek, twarzyczki, za uszkami oraz pupy i narządów rodnych -  ciepły rumianek na waciku, po wszystkim do upudrowania – mąka ziemniaczana. Oliwka – tylko w przypadku ciemieniuchy, Oilatum – owszem rewelacyjne, ale na to przyjdzie czas po pierwszym miesiącu, dwóch. Sudokrem – w przypadku odparzenia niezastąpiony, jeśli pleśniawki w buzi – Aftin. Pielęgnacja pępuszka – jeśli nic się nie dzieje – zostawić, jeśli coś się dzieje to podała nazwę preparatu, ale mój zmęczony mózg wyrzucił nazwę z pamięci… Ot, i cała kosmetyczka noworodka.  Bardzo… hmmm… lekka i niezbyt droga. Warunek jeden: maluch jest zdrowy i w szpitalu nie zalecono nam żadnych specjalistycznych preparatów czy zabiegów. Podoba mi się. A Wam?
Jeszcze krótko o wizycie u doktórki. Mały waży już 1750 g :) Według przeprowadzonych dokładnych pomiarów USG, wynika że termin porodu może być już 10 czerwca. Jako, że mam planowaną cesarkę, prawdopodobnie już 8 maja (następna wizyta) dostanę skierowanie do szpitala, a jeśli małemu będzie się spieszyć – to ja również mam przykazanie “lecieć na izbę przyjęć” – co raczej jest oczywiste. Omówiłam jeszcze z panią doktor problem twardnienia podbrzusza. Ostatnio, gdy nawet więcej pochodziłam było to uciążliwe, tym bardziej że ciągnie brzucho w dół. I jak na zawołanie brzuszek mi stwardniał w trakcie USG. Dostałam przykazanie by się nie przemęczać, jeszcze więcej odpoczywać, pić magnez a jeśli to nie będzie pomagać – nospa i leżeć. Na szczęście szyjka jest zamknięta i nieznacznie krótsza, więc nie ma się czym martwić, ale … dmuchać na zimne. Także – odpoczywamy…
I jeszcze na koniec pochwalę mojego męża. Dostałam dziś kwiatka i czekoladki ;) ot, tak bez powodu – jak stwierdził. Choć po cichu podejrzewam, że próbuje mnie trochę przekupić, bo już drugi wieczór jest poza domem – ogląda mecz z chłopakami. Cóż, najważniejsze ze wie, jak mnie zmiękczyć ;) A ja lubię takie drobne upominki od mężulka ;)

Rozbicie

Ostatnio jestem mniej aktywna na blogu – przyznaję. Ale to dlatego, że zauważyłam spadek formy. Jestem coraz częściej senna, szybko się męczę i jeszcze szybciej tracę koncentrację. Jest to co najmniej dziwne, bo za oknem coraz więcej słońca! Jak tu zrozumieć kobietę w ciąży? ;) Sypiam też coraz gorzej. Ostatnio dwa poranki – tak, wczesne poranki nie noce – mam nieprzespane. Budzę się o 4 rano i już nie mogę spać. Wtedy wstaję i czytam do godziny 6 – 7 a potem wracam do łóżka. Co jest zupełnie bez sensu, bo efekt jest taki że wstaję 10 albo przed 11. Trochę mnie to irytuje ale jeszcze lekarstwa nie znalazłam… W sumie czasem sobie myślę, że gdyby nie magiczna poducha, pewnie spałabym jeszcze gorzej, bo kręgosłup nie zostaje w tyle za nieprzespanymi porankami i dokucza coraz bardziej. Brzucho też zaczyna ciągnąć, a Szymon rozpycha się zawodowo. Czasem mam wrażenie, że mój brzuch żyje własnym życiem  ; )

Wczoraj przyszła do mnie paczuszka od firmy MAM. Dostałam do testowania smoczek MAM Perfect 0 – 6 miesięcy, smoczek MAM Sayings 6 +, gryzakczek Bite&Relax Phase 1 od 2 miesiąca oraz butelkę Anti – Colic 260 ml. Wszystkie produkty bardzo fajnie się prezentują. Smoczek 0 – 6 miesięcy oraz gryzak są w pudełeczkach których można używać do sterylizacji. Zdecydowałam się na ten smoczek, bo zaintrygował mnie opis producenta, mówiący że jest on lepszy dla maluchów, bo jest 60% cieńszy od zwykłych smoczków i bardziej miękki: “opracowany z myślą o zmniejszeniu ryzyka powstawania wad zgryzu” – jak to widnieje na opakowaniu. Podoba mi się też wygląd butelki i kształt. Cudowna butla – jak głosi opakowanie gwarantuje “80% mniej kolek dzięki zaworowi w dnie butelki odprowadzającemu powietrze.” Wizualnie produkty naprawdę wyglądają fajnie. Jak się sprawdzą, zobaczymy gdy Szymon zawita na świecie.

IMG_0598IMG_0599IMG_0600IMG_0601

A przy okazji, drogie Mamy i przyszłe Mamy: w jakie butelki zaopatrzyłyście swoje maleństwa? Które były rewelacyjne a które się w ogóle nie sprawdziły? Chce kupić jeszcze małą butelkę – jedną lub dwie, i zastanawiam się czy Avent czy może Tommee Tippee? A może dokupić po prostu MAM? Co polecacie?

Kolorowe dylematy

Kobitki moje, gdzie ta wiosna? Dziś nawet z łóżka nie chciało się wstawać – za oknem szaro, zimno… Tylko resztką silnej woli zawlekłam swój brzucho pod prysznic. Zrobiłam poranną prasówkę blogowo – forumowo – facebookową i nie mogę odkleić się od komputera by wstawić pranie, ogarnąć kuchnię i przygotować coś na obiad. No nie mogę. Tak samo bardzo chciałabym zacząć prać fatałaszki Młodego, ale czekam na to słońce wiosenne. Oczyma wyobraźni widzę, jak suszą się na słonecznym balkonie i po zdjęciu pachną wiosną :)
Przed wczoraj dostałam od teściowej siatę bodziaków z krótkim rękawkiem. Jak to stwierdziła – weszła do “secondhandu” i szkoda było się powstrzymywać ;) Oto kilka zdobyczy babci:
IMG_0586IMG_0587IMG_0589IMG_0588
Strasznie podobają mi się pierwsze bodziaki – zielone bryki ;) Jednakże, teściowa – jak to moja teściowa – chwyciła też takie, które mają elementy różowe bądź są po prostu całe różowe (co przedstawiają ostatnie dwa zdjęcia). Owszem, są bardzo fajne – wręcz urocze, ale zastanawiam się: czy dla chłopca? Może moje myślenie wyda się stereotypowe albo płytkie, ale jakoś tak mam wątpliwości. Nie wiem też, co na to mój “bardzo męski” mąż, który do takich szczegółów często przywiązuje wagę. No bo niemowlak się nie poskarży, że w babskie rzeczy go ubieram… Co tu sądzić o podziale kolorów na “chłopięce” i “dziewczęce”? Czy ma on jakiekolwiek znaczenie w przypadku niemowlaka? W końcu to nie spódniczka, a w sytuacji gdy wszystkie “męskie” rzeczy zostaną ufajdane, nawet mało męskie body stają się neutralne, gdy ratują młode dupsko.
A jakbym była czepialska, to powiedziałabym że same bodziaki są takie niemęskie i nie powinny być dla chłopców, prawda? ;)

Więcej życzliwości

Jako że ostatnio pisałam o zrozumieniu i życzliwości dla kobiet w ciąży, bardzo mnie zdumiał fakt, że miesięcznik który ostatnio kupuję, ogłosił  – nie po raz pierwszy – ciekawą kampanię. “Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży”. Nie powiem, pomysł naprawdę fajny, tym bardziej że na forum czasopisma ujrzałam skalę problemu. Zdumiała mnie. Naprawdę oniemiałam. Dlatego też postanowiłam poprzeć akcję na swoim blogu. Nie dlatego, że domagam się noszenia na rękach i w lektyce. Absolutnie nie. Dlatego że przeraża mnie skala znieczulicy ogarniająca społeczeństwo. Nie tylko w stosunku do kobiet w ciąży…
 plakat-z-numeru-bez-nozyczek
Mój post na ten temat znajdziecie TU

Zdziwienie 30tego tygodnia

Człowiek tak sobie śmiga już 7 miesięcy, z zapaloną czerwoną lampką pod kopułką “ciąża”. Śmiga sobie, czasem sobie myśli o tym, że trzeba coś dla malucha kupić, notuje, obserwuje jak brzucho rośnie. Co miesiąc jeździ do lekarza. Czasem z lekkim niepokojem wchodzi na wagę, albo sięga po czwartego już tego dnia cukierka czekoladowego. Czasem pada zmęczony na kanapę w połowie dnia, i zastanawia się (trochę głupio) czemu tak sapie, przecież maratonu nie przebiegł, worków z kartoflami też nie nosił… I tak nagle człowiek siada i liczy… liczy, liczy i co wychodzi? “Toż cholera jasna!! Zostało 10 tygodni!! Zaraz, zaraz… a gdzie te pozostałe trzydzieści?!” :) Taką to właśnie człowiek – w mojej osobie – miał wczoraj końcówkę dnia.

Innym objawem biegnącego czasu są już teraz zupełnie inne ruchy Szymka. Właśnie wczoraj dotarło do mnie, że nie są to już delikatne przewroty, muskania czy “bąblenia”. Coraz częściej zamieniają się w “tańczący brzuch”, ukłucia i szturchnięcia (żeby nie powiedzieć porządne kopniaczki). Na przykład wczorajszy wieczór, to był taniec na pęcherzu swojej kochanej mamy. Tak, tak… Malec tańczył wytrwale przez około godzinę przypominając mi, że tam jest, jak to dzielnie rośnie, i  dobrze powtarza swoją rolę przed wielką premierą. W nocy również nie zapomniał o mamie, i także wiedział że ćwiczyć trzeba, a tylko najlepsi dostają Oskara ;)

Na koniec dodam, że po świętach waga jednak drgnęła. Początek trzydziestego tygodnia to jeden kilogram więcej (co w sumie daje 8 kilo), pragnienie na poziomie smoka wawelskiego, swędzące piersi i brzuch, oraz łóżko przeniesione w pobliże WC. Dokładnie rzecz biorąc – do łazienki. :)

Zdrowy rozsądek żywieniowy

Ufff… na szczęście po świętach. Nie, żebym nie lubiła rodzinnej atmosfery i w ogóle. Ale odczuwam zmęczenie tym całym jeżdżeniem dwudniowym. Wczoraj wieczorem ledwo mogłam usiedzieć w miejscu tak mnie bolał krzyż, a dziś mam piekielną zgagę i częste skurcze łydek. Ale wizyta u doktorki 10.04. a więc za 8 dni. Trochę się zaczynam niepokoić, gdyż szczególnie po aktywnym dniu odczuwam lekkie twardnienie brzucha na dole. Utrzymuje się ono minutę – półtorej i znika.Będę musiała porozmawiać z nią o tym. Waga nie drgnęła, nawet przez święta – 7 kilogramów na plusie. Co też mnie trochę zastanawia, jednak co wizytę moja doktor uspokaja, że wszystko jest w porządku. Cóż, w końcu to ona kończyła medycynę, nie ja – prawda? ;)
Sporo osób mnie pyta, jak ja to robię, że tak dobrze wyglądam. Że nie przytyłam nie wiadomo ile kilogramów itp. itd. Sama nad tym się zastanawiam. Nie towarzyszą mi  żadne zachcianki pokarmowe, choć ostatnio nie stronię od napoi gazowanych. Po prostu jak czuję że mam ochotę, to kupuję np. małą puszkę Pepsi czy Mirindy. Owszem, trochę bardziej zwracam uwagę na to co jem, ale na pewno nie ograniczam sobie jedzenia i nie głodzę się – wbrew powszechnym opiniom, że mama która nie tyje w ciąży to mama zagłodzona. Przyznaje nawet – tak, tak – że zdarza mi się zjeść w fastfoodzie, i nie mieć wyrzutów sumienia. Choć, ostatnio, przez te święta, nie było okazji i chęci by jeść “śmieciowe” kanapki. Więc dla zainteresowanych: patrzę co jem, patrzę ile jem, i pilnuję by nie napychać się do granic możliwości. Jedno jest pewne: jem więcej nabiału, oraz owoców i warzyw niż przed ciążą, ale nie odmawiam sobie słodyczy – jeśli mam ochotę na cukierka, paru chipsów – jeśli mam na nie ochotę, ani łyka gazowanego płynu. Bo po co? We wszystkim trzeba słuchać swojego organizmu, a on najlepiej nam podpowie czego potrzebuje. Połączenie dobrego słuchania ze zdrowym rozsądkiem to najlepsza dieta dla ciężarnej na świecie.
Te nawyki żywieniowe wydają mi się rozsądne. A jak to z Wami dziewczyny?