Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Kartka z kalendarza

Zastanawiam się, o czym Wam tu dziś napisać. I nie jest to, ot tak sobie zadane pytanie. Wychodzę z założenia, że lepiej nie pisać/ nie mówić jeśli nie ma się nić do powiedzenia…Zerkam w kalendarz… Dziś mamy trzydziesty pierwszy maj. Jutro pierwszy czerwca. Za dwa tygodnie Szymon Mikołaj będzie z nami. Będzie oddychał tym samym powietrzem, bez pośredników. Będzie domagał się jedzenia i przebrania pieluchy, by za jakiś czas domagać się coraz więcej uwagi. W naszym, w miarę uporządkowanym życiu, zagości rygor narzucony przez małego człowieczka. Powołanego do życia wspólnie i świadomie. I chociaż nie da rady w 100% przygotować się, to gdzieś pod kopułką kołacze się myśl, że przed nami mnóstwo tych dobrych i ciężkich chwil, przeplatanych śmiechem i łzami. Na razie nasze dziecko jest brzuchem, kopnięciem, obrotem wyczuwalnym pod skórą. Ubrankiem czekającym w szafie, wózkiem wietrzącym się na balkonie. Jest przebłyskiem świadomości w naszej głowie, że za chwilę coś się wydarzy. Za dwa tygodnie będzie rączką, nóżką i spojrzeniem. Pojedynczym krzykiem, kanonadą płaczu, gradem uśmiechów, chmurą gestów i min. Małym człowieczkiem, kartą do zapisania miłością rodziców. Naszą przyszłością i nadzieją.

51

Ten wpis będzie miał numer 51. Czwartego czerwca miną już cztery miesiące, odkąd Wam tu przynudzam, zadręczam Was, chwalę się i żalę. Ba, za miesiąc o tej porze nie tylko minie pierwsze pół roku od powstania mojej Partyzantki, ale będę w końcu pełnowymiarową mamą. I pewnie dalej będę Was zadręczać, przynudzać Wam, chwalić się i żalić swoimi sukcesami, porażkami, nerwami, radościami i innymi takimi. Dlaczego? Bo to lubię. Bo sprawia mi radość fakt, że mogę napisać coś, co ktoś przeczyta, odpowie, skomentuje. Bo człowiek to stworzenie stadne, a My tu tworzymy pewnego rodzaju stadko ;) Mam tylko nadzieję, że podzielacie mój entuzjazm co do tego miejsca ;) Nie pomyślałabym, że aktywne blogowanie może tak wciągnąć. Codziennie, bądź co drugi dzień, robię sobie “blogówkę” i odwiedzam Wasze blogi, czytam z zainteresowaniem co u Was. Nie zawsze zostawiam swój ślad w postaci komentarza, ale z prawdziwą przyjemnością poświęcam na to czas. Mam nadzieję, że za miesiąc będę mogła dalej to robić – jeśli nie tak często jak teraz, to przynajmniej dwa – trzy razy w tygodniu. Mamo – blogowanie wciąga. Wciąga na dobre.
Wracając do torbowych zmagań (o których piszę TU), skorzystałam z Waszych rad i uzupełniam powoli torby. Co dołączyło? IMG_0664
  • opakowanie podkładów Seni (paczka ma 5 szt. do szpitala wezmę dwa, jak coś – mąż podrzuci, dokupi…)
  • żel antybakteryjny do rąk marki Cien (kupiłam dwie małe buteleczki w Lidlu za 4,99 zł… czy może któraś z Was korzystała z tej marki?)
  • pomadka do ust Neutrogena
  • dodatkowe dwie pieluchy tetrowe i jedna flanelowa
  • wkładki laktacyjne sztuk 8 (reszta na dowóz)
Wiele przydatnych rad, z których jeszcze nie skorzystałam – a na pewno skorzystam – to dodatkowa koszula, czytadło, ładowarka telefoniczna, woda do picia, kapcie pod prysznic. Niby rzeczy oczywiste, ale w krytycznych sytuacjach naprawdę człowiek o nich zapomina.
Wczoraj też otrzymałam mój b.box, o którym pisałam w poście poprzednim. Szczerze mówiąc trochę mnie rozczarował rozmiar dołączonego przewijaka, i naprawdę jestem ciekawa jak się sprawdzi. Samo pudełko, na zdjęciach producenta wydawało się mniejszeIMG_0670 a przewijak dość duży. Jednak fakt, że pudełeczko jest pojemne sprzyja włożeniu pielucho – ceratki czy dodatkowych pampersów. W końcu również kupiłam Ocenisept,  a także 3 pielucho – ceratki flanelowe. Nie wiem czemu, ale bardzo mi się podobają pieluchy flanelowe. Są ładne i kolorowe, miłe w dotyku, mam nadzieje że okażą się równie praktyczne. Kompletując “resztówki” naprawdę czuję, że zbliżam się do finiszu. Czego nie zdążę… zrobię po powrocie ze szpitala.

IMG_0671
IMG_0676
IMG_0678
IMG_0680

Sapanie, bryka i mini–szaleństwo

Padam na ryjek. Jestem tak zmęczona, jakbym cały dzień zasuwała z workami na budowie. A co robiłam? Pojechałam z mężem do Fromborka, by mu w drodze potowarzyszyć. W zasadzie nie ruszałam się zbyt wiele, po prostu siedziałam w aucie. Ot, i cała filozofia. A oczy mi się kleją jakbym całą drogę za tym autem biegła ;).  Dodatkowo, już teraz każda noc to dla mnie sesja sapania. Osiągnęłam perfekcję w stękająco – sapiących zmianach boków. Mistrzostwo w drętwiejących łydkach i bolących biodrach. Moja cudowna poducha (o której piszę TU) znacząco przestaje pomagać. To znaczy pomaga, ale zdecydowanie mniej niż na początku. Co się dziwić, kiedy to ja robię się większa i cięższa, a ona biedna coraz bardziej zużyta i wykorzystana? ;) Oj dziewczyny, jak ja odliczam… jak nigdy jeszcze w życiu ;)
Z nowinek przygotowawczych, wreszcie mogę się pochwalić Szymonową bryką. Wczoraj udało mi się przekonać męża, że wózek musi trochę wywietrzeć, bo śmierdzi fabrykantami (oczywiście się nie pomyliłam – teraz stoi na balkonie). W ten sposób wczoraj został złożony. Jutro dołączy do niego fotelik. Prezentuje się tak:
IMG_0659
IMG_0658










Naprawdę jestem zadowolona z kolorków tapicerki i stelaża, zwrotności wózka oraz jego wysokości. Czasem sobie myślę, że nie mogę się doczekać, kiedy będzie mi dane sprawdzić jego funkcjonalność. To jest chyba ten moment, w którym zaczynam czuć “dzieckowego blusa”. Dokupuje ceratko –flanelki, pozwoliłam sobie też na gadżet firmy b.box w kolorze zielonym. Ledwo powstrzymuję się żeby nie dokupić paru pajacyków bawełnianych w rozmiarze 56 – 62. Arek z kolei chce zaopatrzyć Gnomka w “wyjściowe” dresiki czy inne gadżeciarskie wdzianko (jak stwierdził “do zdjęć” :D)… Czyli jak widzicie, największe szaleństwo i nas dopadło… tyle że trochę później niż normalnych przyszłych rodziców ;].  A co tam, raz w życiu ma się pierwsze dziecko, prawda? ;)

Torbowe zmagania

Często czytałam “torbowe zmagania” przyszłych mam na różnych blogach. I nigdy nie przyszło mi do głowy, że w końcu przyjdzie i mi zdać relację z pakowania się do szpitala. Dziwne, prawda? Człowiek czyta, zbiera informacje, ale jakoś nie przyswaja że w końcu i on napisze podobną notkę na swoim blogu, podzieli się wątpliwościami i zapyta inne blogowe mamy o radę. Prawda jest taka, że torba częściowo leży już spakowana. Jednak moja niespokojna natura ciągle podpowiada mi, że jest ona jeszcze nie kompletna. Że ciągle czegoś brakuje. Wczoraj na przykład, kładąc się spać przypomniałam sobie że warto włożyć do niej jeszcze dwie pieluchy tetrowe i jedną flanelową, łapki niedrapki oraz parę skarpetek dla Szymka. A przecież niby to takie oczywiste… a wyleciało, bo torba dla mamy ;) Ale po kolei. Co znajduje się w mojej torbie:
  • karta ciąży i teczka z badaniami oraz skierowaniem do szpitala
  • IMG_0646duży ręcznik kąpielowy
  • mały ręczniczek
  • dwie koszule do karmienia
  • szlafrok
  • dwa biustonosze do karmienia
  • pas poporodowy
  • skarpetki
  • dwie pary majtek (zwykłych)
  • podkłady poporodowe
  • okularyIMG_0647
  • coś do pisania (podkładka i kartki w kratkę)
  • dwie pieluchy tetrowe
  • jedna pielucha flanelowa
  • dwie pary niedrapek
  • dwie pary skarpetek dla Szymka
  • osłonki sylikonowe na poranione sutki firmy NUK
  • kubek, sztućce
  • kosmetyczka
Długo zastanawiałam się nad kosmetyczką, i tym co do niej wcisnąć (i jak to zrobić?), ponieważ są rzeczy bez których nie wyobrażam sobie poranka, czy wieczora, a zabierać wielkie opakowania balsamów, kremów na parę dni wydawało mi się niezbyt fajną opcją. Więc pojechałam do Rossmana i zakupiłam mini produkty. W sumie nie wiem ile czasu spędzę w szpitalu, mogą to być 4 dni a może być 7 (wiadomo która opcja mi odpowiada, ale nic nie jest pewne).Więc kupiłam mini: żel pod prysznic, balsam do ciała, płyn do higieny intymnej biały jeleń, pastę do zębów, szampon do włosów, chusteczki do higieny intymnej. Oprócz “mini niezbędnika” do kosmetyczki trafił: końcówka kremu do twarzy, patyczki do uszu, płatki kosmetyczne, bepanthen, pojemnik i płyn na szkła kontaktowe, majtki siateczkowe poporodwe. Mam nadzieję, że zapamiętam o wrzuceniu szczoteczki do zębów, toniku do twarzy oraz kapci… I właśnie, dziewczyny. Zastanawiam się: co pominęłam? Bo jestem pewna na 99 % że coś takiego się znajdzie ;)
Przygotowałam również zestaw na wyjście dla Szymka. Ponieważ nie wiem jaka będzie pogoda, a wiem że mój mąż jest wspaniały i kochany – ale ciapa ;) postawiłam na taki składIMG_0650:
  • pajacyk lub body z krótkim rękawkiem i półśpiochy
  • czapeczka lekka bawełniana
  • chustka na szyjkę
  • skarpetki (na wszelki wypadek)
  • pielucha flanelowa (na wszelki wypadek)
Do tego dorzucę (albo powiem mężowi, żeby włożyć do samochodu) cienki kocyk – tak na wszelki wypadek. Dodam do tego ubrania “na wyjście” dla mnie, oraz dwie – trzy sztuki pampersów i wydaje mi się, że będzie dobrze. Zastanawiam się, czy nie dodać do torby “na wyjście” jakiegoś cienkiego sweterka dla małego. Ale z drugiej strony – to będzie czerwiec, będzie w zapasie pielucha flanelowa i kocyk więc chyba nie ma co szaleć, co? Sama już nie wiem… pierwszy raz pakuję gdzieś naszego syna, i poruszam się po omacku ;)

Przedporodowa huśtawka nastrojów

Dziś startujemy z 37 tygodniem. Oficjalnie mówię pass. Poddaję się wszechogarniającej senności, zmęczeniu. Poddaję się tańczącemu brzuchowi, wszelkim upałom i opuchniętym stopom. I odliczam.
Swoją drogą, nie wiedziałam że organizm może domagać się tyle snu. Zawsze lubiłam spać, ale to, co muszę wyspać teraz, czasem mnie samą zdumiewa. Śpię całą noc jak zabita, a jeśli w dzień nie mam drzemki… to chodzę jak zombie, padam o 19 i śpię do 10. A więc korzystam, przygotowując się do tych nieprzespanych nocy, które mnie czekają. Zależnie od pogody za oknem, wskazania barometru i wilgotności powietrza mam różne odczucia związane ze zbliżającym się końcem naszego stanu błogosławionego. Jednego dnia odliczam i nie mogę się doczekać kiedy małego Gnomka będę już miała przy sobie, drugiego dnia odliczam zniecierpliwiona swoim stanem i ślamazarnością, pragnąc po prostu wrócić do “dawnego życia” – a wszystkie wiemy że moje dawne życie przestało istnieć wraz z pojawieniem się dwóch kresek na teście… trzeciego dnia siedzę i dumam czy ogarnę i udźwignę odpowiedzialność za to nowe życie. Czwarty dzień, to pukanie w brzuch i pytanie Szymona czy u niego wszystko w porządku. I niepokój: czy wszystko jest ok, czy mały będzie zdrowy… ??
Właśnie wpadłam na genialną myśl: chyba ta moja senność wynika ze zmęczenia przedporodową huśtawką nastrojów… :)

Eh…

Oglądam swój brzuch dziś z rana i zastanawiam się, gdzie ten mały Gnomek się mieści? Mam wrażenie, że mój brzucho jest taki jakiś…mały jak na 36 tydzień ciąży. Z drugiej strony weszłam na wagę i co? 11 kilo na plusie, do wagi sprzed ciąży. Od dziś mówię S T O P słodyczom. Koniec. Tak, tak wiem… ale to już teraz mały rośnie, bo musi i w ogóle… nie i koniec! Przecież po porodzie muszę wyglądać jak człowiek, a zostały mi jeszcze 3 tygodnie. Może trochę dramatyzuję, ale przez moment czułam ogarniającą czarną rozpacz… Dlatego też po pierwsze: odstawiamy słodycze ( co się przyda przy karmieniu piersią) i nie myślimy o tych przerażających 11 kg…
Z innej beczki – przyszedł do mnie leżaczek dla Szymka :) Tak, tak. Sam się zgłosił, a raczej odezwała się koleżanka z uczelni, która ma takowy do odsprzedania. Jej malutka córeczka już go nie potrzebuje, a myślę że Szymek będzie zadowolony z takiego tronu: p6580-hamac-comforting-heart
Podoba mi się kolorystycznie, a ciekawostką jest funkcja bijącego serduszka, które ma przypominać bicie serca mamy. Posiada pasy trzypunktowe oraz zagłówek dla malucha. Dzięki Gosi, usłyszałam lekkie westchnienie ulgi mojego portfela ;)
Bardzo chciałabym również spełnić Wasze prośby o pokazanie wózka. Walczyłam o niego jak lwica, ale mój małżonek stwierdził, że jeszcze nie będzie go składał, bo to w końcu jeszcze 3 tygodnie a miejsca mało. I wziął i wyniósł do piwnicy… Udało mi się tylko “cyknąć” szybko jedną fotkę, a ponieważ mój mąż potrafi być upartym tyranem ;) nie chciało mi się z nim dyskutować… Obiecuję, że jak tylko bryka zostanie złożona na pewno ją zobaczycie ;) Na pocieszenie pokażę Wam mój brzucho w 36 tygodniu oraz mojego męża – tyrana ;) oraz dowód że wózek już czeka na Szymka;)
DSC_0054
100_3775
100_3774Miłego dzionka ! :)

Co niesie 36 tydzień?

Czas sobie płynie leniwie, odpoczywamy, zbieramy siły. Dumamy i łapiemy słoneczko. Kończymy pranko, i nawet częściowo spakowaliśmy torbę do szpitala. Pozostało tylko ją uzupełnić o kosmetyki i klapki pod prysznic. Ciągle tylko czekamy na łóżeczko, w przyszłym tygodniu chcielibyśmy w końcu kupić komodę na ciuszki… czyli dograć kącik Młodego. Wciąż nam się to przedłuża, bardziej ze względów finansowych niż braku chęci. Marzy mi się też karuzelka dla Szymona, choć zastanawiam się, czy nie jest to zbędny wydatek. Oglądałam różne modele, i wszystkie, które mi się podobały albo wydawały się w miarę ciekawe, nie kosztowały mniej niż stówkę. Myślę też o leżaczku i choć wiem, że można się bez niego obejść… cóż, no chciałabym takowy posiadać dla mojego Szymona. Wszystko rozstrzygnie się w przyszłym tygodniu. Kupiliśmy też na start rożek – najzwyklejszy, niedrogi, oraz pieluchy Dada Premium (jedno opakowanie “jedynek” i jedno “dwójek”) – i mam także tu wątpliwości co do wyboru. Może trzeba było kupić rossmanowe, albo na początek paczkę markowych pampersów? Tyle, że tak długo się zastanawiałam które wybrać, że w końcu pod wpływem impulsu – będąc w Biedronce – po prostu chwyciłam to co było i tyle. A potem się wkurzałam, że zrobiłam mało przemyślany zakup. Coraz więcej także myślę o tym, jak się odnajdę w realiach szpitalnych. Czuję już stres, na samą myśl o tym że na początku muszę iść na oddział i zapytać się kiedy dokładnie mam przyjść i przyjmą mnie. Bo to, że moja ginekolog powiedziała żeby pójść dziesiątego czerwca, to jedno. Drugie – kiedy w szpitalu będą chcieli mnie widzieć i kiedy pociąć i uwolnić mnie od tego słodkiego balastu. (Szymon chyba czuje, że kontempluje naszą przyszłość, gdyż właśnie zaparł się o moje żebra i uparcie je masuje jedną ze swoich maleńkich części ciałka :) ) Zaczyna mi towarzyszyć wielka niepewność, nie tylko dlatego że mam wątpliwości co do istnienia mojego instynktu macierzyńskiego, ale dlatego że zbliża się moment, gdy będę musiała zakotwiczyć się w szpitalu na dłużej… a potem myślę o tym, że będę wracać do formy i będę w końcu rozdwojona. Wątpliwości mnoży się coraz więcej, proporcjonalnie do kurczącego się czasu. Teraz rozumiem wszystkie te niespokojne wpisy mam w ostatnich tygodniach ciąży. Huśtawki nastrojów: od strachu przed porodem przez pobyt w szpitalu do opieki nad noworodkiem. Właśnie przeżywam to samo. Dziś może trochę spokojniej, bo towarzyszy mi ból w biodrach i pachwinach. A przy takich sytuacjach dosłownie odznaczam godziny do rozdwojenia…
PS. HAHA ! Właśnie przyjechał wózek ! :)

Wola walki

Zaczytuję się dziś w książce A. Michalak Matka Sanepid. Książeczka nie jest gruba, i jest wyborem wpisów autorki bloga o tej samej nazwie. Podoba mi się. Pani Aleksandra pisze bez owijania w bawełnę o swoich przeżyciach z córkami. Bez zbędnego słodzenia, szczebiotania i ubarwiania. Nie ukrywam, że rola jaką przyjdzie mi odegrać po 17 czerwca, napawa mnie strachem któremu towarzyszy zniecierpliwienie. Zbyt dobrze znam siebie. Wiem, że jestem humorzastym raptusem, upartym i wrednym z niewyparzonym językiem. Mam też niejasne przeczucie, że często osoby z najbliższego otoczenia (nie koniecznie mega lubiane, ale na które jestem skazana) będą mi to życie równie uprzykrzać, co nowe wyzwania związane z pojawieniem się dziecka. Choć ciężko porównywać skalę tych dwóch “uprzykrzeń”. Obawiam się, że moja wola walki ze skaczącymi po głowie niechcianymi osobami trochę osłabła po latach. Trzeba będzie ją jakoś obudzić. Myśl, że jest więcej mam, które otwarcie przyznają się że nie są idealne łagodzi moje obawy, i dodaje wiary – poradzisz sobie kobieto. A wszelkim niesprzyjającym czynnikom – które pojawiają się już teraz – pokazuje środkowy palec.

kolejny etap… zadziwienia ;]

Wczoraj zamówiłam w końcu biustonosz do karmienia. Trochę na tzw. “czuja”, by trochę zaoszczędzić i nie musieć chodzić po sklepach – bo strasznie mi się nie chce – zmierzyłam się dokładnie (z pomocą męża) i zamówiłam w sklepie C&A online. Dwie  sztuki za 75 zł. Zastanawiałam się przez moment czy trochę nie po macoszemu traktuje mój ciążowy biust, ale naprawdę nie mam ochoty wydawać kroci na biustonosz, który będzie mi służył parę miesięcy. Przy okazji mierzenia biustu, pierwszy raz zmierzyłam brzuszek. Nie robiłam tego od początku ciąży – nie wiem czemu. Nigdy nie myślałam, że będę miała 104 cm w pasie ; ) a teraz mam – jak dobrze wiedzieć, że nie długo to będzie trwało. 104 cm! :D
Jako że od dziś już został nam równy miesiąc do wyprawy szpitalnej, powoli przygotowuje ostatnie rzeczy. Kupiłam jeszcze jeden cieńszy kocyk firmy Womar.DSC_0045 Zachwycił mnie kolorem i ceną – zapłaciłam za niego około 35 złotych. Do tego okazał się naprawdę milutki i mięciutki. W końcu wybrałam się tez do Netto, by zakupić polecane przez Srokę chusteczki mokre. Jak zobaczyłam cenę – 4,39 zł to od razu kupiłam dwa opakowania Sensitive. Na pewno bezkonkurencyjne jeśli chodzi o skład i cenę. Niech żyją świadome zakupy! ;)  Oliatum oraz Bepanthen również już czekają w szafce. Jeszcze tylko krem z filtrem (również będę bazować na analizie wspomnianej wcześniej blogowiczki), pieluchy, komódka, lamka nocna i po wanienkę do znajomych. Wózek – będzie do końca przyszłego tygodnia. Telefon do hurtowni został wykonany wczoraj, łóżeczko prawdopodobnie również w przyszłym tygodniu. Zabrałam się za te zakupy przygotowawcze, wmawiając sobie że m więcej i szybciej zrobię, zorganizuję i kupię tym szybciej zleci mi miesiąc. Już nawet nie przeszkadza mi tak moja “szpitalofobia” jak miesiąc oczekiwania. Do tej pory np. nie puchły mi kostki ani stopy. A tu – dzień dobry upały, dzień dobry paluszko – serdelki. Poza tym dziś obudziłam się z tak dużym bólem biodra, że myślałam że mi ono odpadnie. Pewnie wynik tego, że większość nocy śpię albo na jednym albo na drugim boku. I tutaj wielkie brawa dla mojej poduchy Supermami. Jest niezastąpiona, wspaniała i ratuje mój bolący kręgosłup. Najlepsza inwestycja od początku ciąży. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła.
Miesiąc moje panie… chyba nie mogę w to uwierzyć…
W przyszłym tygodniu pakujemy torby.

Ja już wiem…

… że 10 czerwca mam się zgłosić do szpitala. Skierowanie mam już w łapce. Jutro tylko jeszcze raz do laboratorium, zrobić posiew, i jeśli nic się nie wydarzy wcześniej – 03.06 ostatnia wizyta u mojej lekarz. Czyli wielkie odliczanie można zacząć. Kiedy sobie pomyślę – to trochę się boję. Szpitale, igły, skalpele… brrrr… naprawdę staram się nie myśleć na ten temat, ale jak nie myśleć, gdy w zasadzie wystarczy tylko dokończyć przygotowania i po prostu skreślać dni w kalendarzu? Trzydziesty piąty tydzień. W trzydziestym dziewiątym powinnam już być pojedyncza i wracać do siebie starej. W zasadzie, gdybym miała podsumować cały ten bałagan zwany ciążą, to tak strasznie nie jest. Gnomek na początku dał nam – a raczej mi – w kość. A potem jakoś poszło. Teraz w zasadzie dokucza mi kręgosłup i zaczynają biodra i boki brzuszka. No i brzuchol ciąży coraz bardziej. Po dzisiejszym dniu mogę też stwierdzić, że upały też nie będą mi służyć… kostki trochę opuchnięte, i nogi ociężałe. Poza tym naprawdę nie mam na co narzekać. Moja lekarz stwierdziła, że naprawdę mam ładną i książkową ciążę. Mały jest ładnie ułożony, szyjka powoli się przygotowuje. A tu lipa… aż szkoda, że nie będzie porodu naturalnego. No, nie będzie pani doktor, nie będzie! Chciałabym, aczkolwiek nie podejmę ryzyka utraty wzroku…
Co ciekawe, mojego męża trapił sposób rozwiązywania ciąży przez planowane cesarskie cięcie. Jak powszechnie wiadomo, taka operacja planowana jest zazwyczaj w 39 tygodniu ciąży, gdy organizm nie daje jeszcze sygnału do startu w postaci skurczy i innych porodowych rewelacji. No nic, że żona próbowała tłumaczyć. Jak to stwierdził mąż – co fachowiec, to fachowiec. I poszedł spytać pani doktor. Oczywiście, najlepszym sposobem przyjścia na świat maleństwa jest poród naturalny. Poród naturalny nie ma jako takiego strategicznego znaczenia dla organizmu kobiety, jednak cała droga jaką musi przejść berbeć przygotowuje go między innymi do oddychania. Nie jest to regułą, ale się zdarza dość często że Gnomek wyciągany z brzuszka po prostu zachłystuje się i potrzebuje pomocy przy oddychaniu, bo szok wywołany wyrwaniem z jego dotychczasowych warunków jest tak duży. Cała droga, jaką bobas musi przejść w trakcie porodu przygotowuje go do oddychania. Ponad to uważa się, że dzieci, które przyszły na świat tą metodą są spokojniejsze, bardziej ospałe. Przynajmniej na początku. Wyliczać można bez liku, plusów – minusów. I tak w kółko. Przede wszystkim cesarki nie powinno się traktować jako zabiegu. Jest to poważana ingerencja chirurgiczna w organizm – a więc operacja. A po operacji wiadomo – konieczna jest rekonwalescencja. Może ktoś powie, że jestem mądra, bo ominie mnie cały trud i ból porodu. Jednak moja cesarka to nie moje “widzi mi się” i gdybym mogła ominąć salę operacyjną – zrobiłabym to bez wahania. Najbardziej przemawiają do mnie trzy argumenty: krótka rekonwalescencja i szybki powrót do normalnego funkcjonowania a także najlepszy sposób przyjścia na świat dziecka.
A odpowiadając na pytanie męża – nie czeka się z cesarką do skurczy, bo często akcja tak się szybko rozkręca, że można nie zdążyć. A wyciągnąć dziecko z kanału rodnego to nie taka łatwa sprawa.
No, to razem z mężem wiemy już wszystko… teraz pozostaje tylko skreślać dni w kalendarzu.

Na okrągło…

Majówkę przeżyłam – i to całkiem przyjemnie. Kulaliśmy się w Siemianach u znajomych. Wyjechaliśmy w środę rano – we wtorek było już późno. Pogoda w środę dopisała, było ciepełko i słoneczko. Niestety w czwartek i piątek już mniej, ale towarzystwo było, więc było przyjemnie. Warunki? Okazały się super. Tak straszyli nas znajomki, że nie wiadomo było czego się spodziewać. A i siknąć w nocy można było, i posiedzieć w ciepłym – gdy chłodno. Byłam trochę zmartwiona mężem, gdyż we wtorek okazało się że jest chory. Lekarz stwierdził, że dziś ma zapalenie gardła – jutro może być angina. I zupełnie nie potrzebnie. Arek wyszedł obronną ręką (bądź gardłem – jak kto woli) z tej przygody, a ja… znowu mam katar!!! Od soboty wieczora walczę z mega zatkanym nosem. Wczoraj mało się nie udusiłam, dziś trochę lepiej, aczkolwiek “dupy nie urywa”. I tak siedzę i sapię. I przez ten katar nic mi się nie chce. A słońce za oknem nieprzyzwoicie świeci… Już trzeci raz od początku roku mam tego rodzaju przypadłość. Trochę mnie to niepokoi, bo ciągle uważam, dbam o siebie, i na okrągło wraca cholerstwo. Chyba trzeba do specjalisty pójść w końcu, bo tak być nie może… A żaden lekarz rodzinny nie chce dać odpowiednich środków, żebym się nie męczyła. Wszyscy każą się naturalnie leczyć. A jak naturalnie – to wiadomo z 10 dni męczarni minimum. Nie należę do zwolenniczek odstawiania “wszystkiego” bo jest się w ciąży. Jeśli mam możliwość i nie zaszkodzić przy tym maluchowi – wolę skrócić swoje męczarnie. Tylko żaden lekarz którego odwiedziłam, jakoś nie popiera moich teorii. Co też jest głupotą, bo męczą i mnie i dziecko. Błędne koło.
W środę wizyta u pani doktor. Mam nadzieję, że dowiem się coś o terminie wyklucia małego. Obecnie waga pokazuje mi, że przytyłam 10 kg – sprawdzone wczoraj. Jak to stwierdził mój mąż: wyglądasz tak normalnie, tyle że w ciąży. To chyba dobrze, co? ;) Rozstępów na brzuszku nie widzę (odpukać!!!) i mam nadzieję że nie wynika to z wielkości mojego brzucha, tylko że faktycznie ich tam nie ma ;) , szkoda tylko że nie mogę tego samego powiedzieć o piersiach. Z drugiej strony – nie ma co chwalić dnia przed zachodem brzucha… jeszcze miesiąc i 10 dni, nam zostało. Miesiąc i małe, krzyczące i wierzgające Rudziątko będzie z nami. Z jednej strony wizja coraz bardziej realna, nabierająca kształtów. Z drugiej zupełnie nowy świat, nowe życie, którego nie potrafię sobie wyobrazić. A mimo to, już powoli czuć atmosferę oczekiwania gęstniejącą wokół nas…