Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Oczko

Szymkowi ropieje oczko. W zasadzie od urodzenia, w szpitalu już ropiało. Kazano nam przemywać solą fizjologiczną, ale to nic nie pomogło. Rumianek też nie pomógł, świetlik też nie. Jutro idziemy do okulisty – według rady pani pediatry. I tu zaczyna się moja złość z rozgoryczeniem. Otóż, w piątek zaczęłam szukać okulisty. Obdzwoniłam wszystkie możliwe gabinety w Malborku i w Sztumie. Wszędzie chciano mnie umówić… na listopad albo październik. Bo limity na NFZ się wyczerpały. Co z tego, że dziecko ma 2,5 tygodnia. To nie jest nagły przypadek. A co jest? Ciało obce w oku… absurd. Pediatra stwierdził, że to może być  zatkany kanalik łzowy, no ale dziecko wyleczyć trzeba. Stówka nie nasza.
A, i musze jutro jeszcze spróbować przełożyć wizytę do ortopedy. Z całego tego zamieszania dzieckowego, nie zauważyłam, że 5.07 to za szybko dla Szymonka, bo nie ma jeszcze wtedy 2 miesiąca. Ciekawe, czy mi się uda…
Dziś szybko idziemy spać. Mamy ciężką noc za sobą…

Kołysanki – utulanki

Początkowe dni w domu wyglądały sielankowo.
Początkowe.
Teraz Szymka męczą bąki dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Czasem w nocy. O drugiej w nocy. Przez dwie godziny… W tych momentach mam ochotę pokrzyczeć razem z nim… Zastanawiam się, czy to nie przez pomidory … postanowiłam je odstawić na parę dni. Choć z drugiej strony nie sądzę, by to coś zmieniło. Więc może napiszę post o czymś przyjemnym… Podzielę się z Wami moim odkryciem – płyta z kołysankami. Kolysanki-utulanki-Reedycja_Magda-Umer-Grzegorz-Turnau,images_big,29,9192702Na rynku można znaleźć mnóstwo takowych, ale ta jest wyjątkowa – według mojej opinii. “Kołysanki utulanki” Grzegorza Turnaua i Magdy Umer. Wśród klasycznych kołysanek – “Śpij kochanie”, “Idzie niebo ciemną nocą” czy “Już gwiazdy lśnią” są też współczesne. Moimi hitami są: “Kołysanka dla okruszka” oraz “W muszelkach Twoich dłoni”. Wszystkie utwory zostały zaaranżowane i opracowane przez Grzegorza Turnaua, oraz zaśpiewane przez niego z Magdą Umer. Włączam Szymonkowi tą płytę co wieczór i mam wrażenie że naprawdę go uspokajają. Ba, koją nie tylko dzieci ale i rodziców. Momentami zabierają w sentymentalną podróż do naszego dzieciństwa. Momentami wzruszają. Sprawdziłam to na sobie ;)  Naprawdę wyjątkowa płyta.

Rzecz o szczepieniach

Dziś odwiedziła nas pani pediatra. Obejrzała Gnomka, osłuchała i porozmawialiśmy o szczepieniach. Szymek kolejne ma 25 lipca. Szczepienia obowiązkowe, to obowiązkowe – wiadomo trzeba zrobić. Ale co ze szczepieniami zalecanymi a odpłatnymi?
Pneumokoki – chorobotwórcze bakterie, jedne z najbardziej zjadliwych, agresywnych i niebezpiecznych. Posiadają specjalną otoczkę wielocukrową, która chroni je przed układem odpornościowym i czyni je dla niego niewidocznym, przez co trudno je zwalczyć. Występują powszechnie wśród dzieci, które są nieświadomymi ich nosicielami. Maluch nie musi zachorować, zwłaszcza gdy jest w dobrej kondycji zdrowotnej. Jednak gdy spada odporność dziecka, pneumokoki mogą wywołać zakażenia nieinwazyjne (np. zapalenie ucha środkowego lub zatok) lub przeniknąć do krwi i spowodować ciężkie choroby inwazyjne (np. zapalenie opon mózgowych czy zapalenie płuc z bakteriemią).
Meningokoki – choroba meningokokowa rozpoznawana była już około 100 lat temu, problem jest taki że pojawił się nowy typ bakterii. Wywołuje ona ciężkie inwazyjne zakażenie, które przebiega najczęściej jako zapalenie opon mózgowo – rdzeniowych i/lub posocznica (sepsa). Szczególnie narażone na zachorowanie są niemowlęta i dzieci w wieku do 5 lat oraz młodzież w wieku 11 – 24 lata.
Rotawirusy – atakują najczęściej wiosną i zimą, wywołują przykre dolegliwości, jakimi są gwałtowne wymioty i ostra biegunka. Najbardziej narażone są dzieci w wieku od 6 miesięcy do trzech lat. Im młodsze dziecko, tym cięższy może być przebieg choroby. Niemowlęta karmione piersią do ukończenia 6 miesiąca życia są chronione przed wirusem.
Pediatra powiedziała, że wybór szczepień jest w naszej gestii, jednak ona uważa że szczepienie przeciw rotawirusom jest niekonieczne, bo w dzisiejszych czasach biegunki dla dzieci nie są groźne. Według opinii pani doktor warto zaszczepić dziecko przeciw pneumokokom i ewentualnie meningokokom. Ale… pojawia się “ale” w postaci ekonomii. Koszt szczepienia niemowlaka przeciw pneumokokom (trzy dawki) to około 900 zł. Podobnie wygląda szczepienie przeciw rotawirusom. Niestety nie udało mi się ustalić ceny szczepienia przeciw meningokokom, ale zakładam że w podobnych granicach. Trzy dodatkowe szczepienia, na łączną sumę około 2000 zł. Koszt niebagatelny, a argument żeby chronić dziecko, oszczędzić mu męczarni, czy lepiej zapobiegać niż leczyć, blednie gdy rodzice muszą wybierać: zaszczepić dziecko czy przeżyć kolejny miesiąc…
Co sądzicie o szczepieniach zalecanych? Szczepiłyście swoje maluchy?
Informacje zaczerpnięte ze stron:

MAM smoczek.

W kwietniu, w poście Rozbicie, pisałam że otrzymałam do przetestowania parę akcesoriów firmy MAM. Dość szybko okazało się, że będę miała okazję przetestować smoczek. Już kilka dni po urodzeniu Szymek po jedzeniu i przewinięciu pakował paluszki do buzi i mocno ssał. Tak, że miał je aż całe czerwone. I wtedy przypomniałam sobie o jednym z akcesoriów: smoczek MAM Perfect 0-6 miesięcy. Producent przedstawia smoczek jako najcieńszy na świecie, co ma zmniejszać ryzyko wad zgryzu. Cóż, Szymon ma dopiero dwa tygodnie – skończy jutro – i nie potrafię powiedzieć czy faktycznie zmniejsza, na pewno fakt że jest tak cieniutki sprawia że bez większych obaw podaję go maleństwu. Smok pasuje idealnie dla noworodka, a dodatkowo gdy Szymek jest niespokojny – potrafi go uspokoić. Szczególnie przydaje się teraz, gdy biednego Gnomka męczą gazy i mały budzi się z krzykiem, by nie spać i cisnąć przez kolejne dwie godziny (tak jak dziś w nocy). Dodatkowym plusem jest pudełko, w jakim smoczek jest umieszczany fabrycznie. Pierwotnie ma ono służyć do sterylizacji smoka w mikrofali. Nie dysponuję mikrofalą, ale pudełko u nas się sprawdza. Smoczek jest wyparzany w tym pudełku, i praktycznie przebywa w nim zawsze gdy Mały go nie potrzebuje. Pudełko sprawdza się na spacerach, a jego kształt i wielkość minimalizuje ryzyko zgubienia smoka.;) Podsumowując: według mnie smoczek jest naprawdę wart swojej ceny. I szczerze mówiąc już się przymierzam do  kupna smoczka MAM Perfect 6 +. 
zostan-fanem-MAM-20-procent-znizki

Pierwsze zagwostki

Wczoraj Szymek pokazał co potrafi. W sumie nie było tragedii, ale trochę mnie zmęczył pod wieczór. Dziecko moje chyba za dużo powietrza łyka podczas karmienia, i proceder ten musimy często przerywać “odbijankiem”. Efekt jest taki, że karmienie się wydłuża, a jak Szymon nie może sobie beknąć, robi się niespokojny oraz marudny i nie chce jeść. I wczoraj tak walczyliśmy godzinę, albo nawet dwie. Mały trochę sobie pokrzyczał, a ja nie bardzo wiedziałam co się dzieje. Dopiero przed 22 udało nam się dokończyć karmienie i zasnąć. Byłam padnięta. Pogoda też nie ułatwia nam życia, a zbyt dużych przeciągów nie chcę robić w domu. Poza tym pojawił się u nas problem czkawek. Zastanawiam się, czy czkawki są faktycznie wtedy gdy dziecku jest za chłodno? Czy to może mit? Za każdym razem sprawdzam łapki, gdy pojawia się czkawka, i faktycznie są chłodne. A kiedy trochę bardziej go opatulę, czkawka po chwili przechodzi. I tak w kółko… W nocy na szczęście jest znośnie. Dwa – maksymalnie trzy razy trzeba wstać do Gnomka. Plus pobudka o 7 – 8 rano. Także daje się spać, jak na razie. W dzień ciągle mi szkoda czasu na drzemki. Taki człowiek głupi. Niby nic specjalnego nie robię, a to obiad odgrzeję, a to blogi poczytam… w tv się pogapię. A wieczorem razem z Szymonem o 20 spać ;) No i od tygodnia zabieram się za wypełnienie dokumentów do MOPSu o becikowe. Kasa się przyda, jednak absurdalność dokumentów do wypełnienia powala… Może w końcu w przyszłym tygodniu dokumenty będą gotowe.
I jeszcze na koniec – dziewczyny: dzięki za wsparcie. Oczywiście nie zamierzam wyręczać męża przy dziecku, i nie przeszło mi przez myśl że wszystko robię lepiej. Muszę się przyznać, że w wielu sytuacjach jeszcze czuję się niepewnie. Mam też jednak wrażenie, że z dnia na dzień idzie nam coraz lepiej: Arkowi, Szymonowi i mi. A jeszcze w odniesieniu do postu Dylemat: wyrzucenie swojej frustracji na strony bloga, oraz Wasze wsparcie naprawdę mi pomogło. Z dnia na dzień utwierdzam się w przekonaniu że utworzenie tego miejsca było dobrą decyzją ;)
Miłego dzionka!

Dylemat

Powoli przestaję ogarniać. Może brzmi to trochę dramatycznie, ale tak się czuję. Tzn. nie chodzi mi o Szymka, na tym polu jakoś na razie (odpukać!) jest ok. Ale zaczynam chodzić rozdrażniona, i odnoszę wrażenie że przyczyną tego stanu jest … mój mąż. Historia zaczyna się od tego, że Gnomek paskudzi pieluchy na potęgę. Po karmieniu potrafi strzelić taką kupę, że takiej bomby biologicznej nie powstydziłaby się armia USA. Więc pieluch idzie sporo, bo nawet w czasie przewijania zdarza się “wypadek” i świeża pielucha jest już nie świeża. Mężowi szkoda tych pieluch. Szkoda. Bo się marnują, gdy dziecko zrobi kupę. Ręce mi opadły, jednak zostawiłam to bez komentarza. Dlaczegóż mam dyskutować z upartym chłopem? Po co? Jednak podniósł mi ciśnienie (drugi albo trzeci dzień z rzędu) ostatecznie, gdy Szymon zaczął krzyczeć, leżąc w wózku. Zamiast wziąć i przytulić dziecko, uspokoić, sprawdzić pieluchę Arek stanął nad dzieckiem i się patrzy. Dziecko krzyczy coraz głośniej, ja siedzę i czekam co mój mądraliński wymyśli  a Szymon krzyczy. Po około trzech minutach pytam co on robi, przecież dziecko się drze. W odpowiedzi usłyszałam, że Szymon tak wali kupę… Ręce mi opadły, już miałam wszcząć awanturę, gdy ślubny łaskawie zabrał małego na przebierkę. Nie muszę chyba mówić, że mały rozkręcił się na dobre, więc nie ułatwiał ojcu sprawy. Postanowiłam się jednak trzymać z boku, z premedytacją. Niech sobie mądrala radzi. Może do piersi przystawi jak taki cwaniak, i wszystko wie… Ostatecznie po jakimś czasie usłyszałam wołanie Arka, który stwierdził, że Młody chyba chce jeść, bo wpada w coraz większą histerię. Eureko! – chciało mi się krzyknąć i pogratulować błyskotliwości…
Dostaję szału. Kiedy Szymek się budzi, i zaczyna krzyczeć, do tej pory prosiłam Arka by do niego zajrzał. Ale porzucę ten pomysł, i będę chyba sama to robić. Z prostej przyczyny – ślubny mówi “dobrze” i czeka nie wiadomo na co. Aż dziecko się rozwyje do końca? Zastanawiam się w takich momentach, czy on chciałby leżeć w mokrej pieluszce przy 30 stopniach, albo głodny i krzyczący. A nikt nie reaguje. Czy było by mu miło? Czasem przecież wystarczy wziąć małego na ręce, a już się uspokoi, zmiana pieluchy nie trwa wieki. Czasem wystarczy przytulić, by mu pomóc. Już sama nie wiem, to źle że chcę żeby dziecku było dobrze? Bo według niektórych zaczynam świrować. Zaczynam? Czy może mam się dostosować do “zimnego chowu” ?

Podsumowanie szpitalne

Pobyt w szpitalu mogę podsumować – jak większość z Was, chyba – “hitami i kitami” szpitalnej wyprawki. Choć chyba nie nazwę tego tak dosadnie, a po prostu wymienię rzeczy, które mi się nie przydały. Siatkowe majtki poporodowe oraz żel antybakteryjny do rąk. Majtki nie sprawdziły się, gdyż bardzo uwierały mi w ranę pooperacyjną, a nawet zawinięta gumka przeszkadzała i była nie wygodna. Dlatego też odpuściłam sobie. Żel do rąk, generalnie pewnie by się przydał gdyby nie moja determinacja. Tak bardzo chciałam jak najszybciej wyjść ze szpitala, że w mojej głowie zrodził się jeden nurt: im szybciej wstanę, tym szybciej wyjdę. A więc robiłam wszystko by wyjść szybko. Efekt był taki, że pierwszego wieczora po uruchomieniu byłam cała obolała i nie do życia – najzwyczajniej przesadziłam. Podkłady poporodowe – dwa opakowania mi nie starczyły. Musiał mi mąż dokupić jeszcze jedno. Sylikonowe osłonki też się nie przydały – na szczęście. Co prawda mały pięknie ciągnął (i ciągnie) przystawiony, i cholernie bolały mnie piersi na początku, ale dałam radę to znieść. Za to w domu uratowały mi życie wkładki laktacyjne. W dzień powrotu pojawił się taki nawał pokarmu, że myślałam że piersi mi pękną. To, co działo się z moim biustem przez następne dwa dni, to coś niesamowitego. Momentami czułam się, jakbym miała dwie małe piłki lekarskie a nie piersi. A ja głupia martwiłam się, czy po CC dam radę karmić. Niech żyje Matka Natura!
W niedzielę weszłam w końcu na wagę. Zdumiałam się, gdyż po tygodniu pobytu w szpitalu zgubiłam 10 kg. Szybko ;) Ale zobaczę w przyszłą niedzielę ile będę miała po tygodniu pobytu w domu. Zdjęcie szwów też mam już za sobą. Pozbyłam się ich dziś. Wizyta u ortopedy też już załatwiona. Teraz oczekujemy wizyty położnej i pediatry. Czyli wszystko toczy się powoli, powoli … do przodu :)

Home, sweet home +1

No i już.
Od soboty jesteśmy w domu. Co prawda jestem trochę jeszcze przemęczona i obolała, ale najważniejsze że w domku. Szymcio Gnomek urodził się jedenastego czerwca o godzinie 9:20. Ważył 3060 gram i mierzył 50 cm. Mimo, że nie potrafiłam wyobrazić sobie tego co będzie się działo po ciąży, zadziwiająco szybko wpadłam w rolę opiekunki małego Gnomka. Celowo używam określenia “opiekunka”, gdyż nie spotkała mnie “miłość od pierwszego wejrzenia” ani nie spadł na mnie “grom z jasnego nieba”. Po operacji byłam rozbita psychicznie i cała obolała. Wstałam z łóżka dopiero w środę rano a i tak byłam w stanie zrobić tylko trzy – cztery kroki, które kosztowały mnie wszystkie siły. A przecież trzeba było rozpocząć pracę nad laktacją, robić wyprawy do kibelka. Środa i czwartek były straszne. W zasadzie każdy wieczór, kiedy arek musiał iść do domu a ja musiałam zostać sama w szpitalu doprowadzał mnie do łez. Naprawdę, najcięższe były wieczory.
Kiedy stałam się matką? Nie wiem. Nie potrafię tego powiedzieć. Ale któregoś dnia, czekając na zbawienny dzień w którym będę mogła opuścić szpital, doszłam do wniosku że im dłużej patrzę na Gnomka, tym bardziej nie mogę się nadziwić. Że jest mój, taki mały i słodki. I że coraz mniej to mnie przeraża. Teraz uczymy się razem funkcjonować. Tworzymy sobie nasz mały rodzinny światek, uczymy się siebie. Dodatkowo dochodzę do siebie po operacji, czuję strasznie kręgosłup – prawdopodobnie po znieczuleniu, więc ciężko mi jest dłuższą chwilę stać czy chodzić. Jeśli chodzi o sam pobyt w szpitalu, nie mogę powiedzieć złego słowa. Jednak więcej szczegółów i spostrzeżeń napiszę jutro gdy będę miała chwilkę. Dziś już jestem zmęczona, a tego posta piszę już chyba trzecią godzinę … ciągle coś mi przeszkadza. A to Arek coś chce, a to Szymon zacznie krzyczeć… i tak w kółko. Bardzo chcę też nadrobić swoje blogowe zaległości, ale nie wiem kiedy i na ile będę w stanie się zorganizować w tym tygodniu…
A na zegarze już 23… dobranoc ;]

:)

11 czerwca o godzinie 9:20 świat usłyszał pierwszy krzyk Szymona Mikołaja. Gnomek warzy 3060 g oraz mierzy 50 cm. Dostał 10/10 punktów i teraz zbiera siły by skrzętnie dokazywać rodzicom. ;) za wszystkie ciepłe myśli i słowa serdecznie dziękujemy:) jak tylko ogarniemy się troszkę napiszę więcej co u nas. Tymczasem pozdrawiamy!;)

a więc coraz bliżej

Jestem. Zostałam oficjalnie przyjęta na oddział przedporodowy o godzinie 8:40. Po obszernym wywiadzie, KTG  pobraniu krwi i moczu do badania. Przed co jakiś czas osłuchiwany jest brzucho, i mam oficjalny przykaz liczenia ruchów małego. Gnomek jakby wyczuwał że coś się szykuje, bo wierci się niesamowicie A może to ja z tych emocji bardziej świadomie i intensywnie go wyczuwam? Badanie mam już za sobą, już wiem że jutro z rana Szymon będzie z nami. W zasadzie czuję się spokojna- o tyle o ile- jednak gdzieś tam w środku czuję przyzwyczajony strach. Boję się jutra, a jakoś tak mało myślę o Gnomku. Czy to źle, że myślę o sobie a nie o dziecku? Co z instynktem macierzyńskim? Pojawi się jak laktacja? W trzeciej dobie??

Dziękuję Wam dziewczyny za miłe słowa wsparcia. Na pewno gdy tylko będę mogła zdam relację że swoich przygód. Idę dumać dalej i wyglądać jutrzejszego poranka...

Ostatnie

Godzina W: Jutro. Godzina 8 szpital w Sztumie.
Dziś. Godzina 14:04, pełen spokój ze szklanką koktajlu truskawkowego w ręce. Ciekawe jak będzie się zmieniał mój stan psychiczny wraz z upływem godzin. 15.30 idziemy na kawę do dziadka. Ostatnia kawa u dziadka we dwójkę (lub trójkę – nie wiadomo czy pies idzie), ostatnia niedziela we trójkę, ostatnie porządki w trójkę… Czuję dziwny spokój, choć powiem szczerze że nie bardzo mam ochotę na gwar rodzinnej kawy i ponowne roztrząsanie i słuchanie “no, to już będzie inaczej”, “no to wszystko się zmieni”, “a czy boicie się?” … i setki innych pytań, stwierdzeń, które słyszę od jakiś dwóch miesięcy… oklepane, nudne… już nie wiadomo co odpowiadać, jak komentować.
Torba praktycznie spakowana, plecak “na wyjście” gotowy. Ostatnie pranie – by mężu miał skarpetki na tydzień ;) – zrobione. Komódka złożona czeka na nowego właściciela i jego ciuszki. I jeszcze historia łóżeczka. Jak wspominałam – łóżeczko przyjechało białe. Jako, że było rozłożone, Arek przystąpił do skręcania mebla. Niestety, wystarczył rzut okiem po skończonej pracy, by stwierdzić że białe łóżeczko nie jest nawet ładne. Prezentowało się brzydko, trochę obdrapane, niezachęcające. Zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba je oddać i kupić nowe. I dziś właśnie zamawiamy łóżeczko. W tygodniu pewnie przyślą, więc mąż będzie miał zajęcie. Ja zobaczę je “na żywo” po wyjściu ze szpitala. Wszystko jak zwykle na ostatnią chwilę, na wariackich papierach… czyli w naszym stylu. A tak dzielnie walczyłam, by było inaczej…

Ostatnie szaleństwa

Wspominałam wczoraj, że przy okazji wyprawy do Gdańska przywieźliśmy leżaczek. Właśnie skończyłam go składać. Trochę się nagimnastykowałam, ale wyszło ;) Wygląda on naprawdę fajnie, ale chyba musimy baterię wymienić. Mam nadzieję że się sprawdzi. Dotarły też dziś do mnie dwie pary bodziaków i pajacyk Szymkowy. Nie mogłam się powstrzymać, żeby ich nie zamówić. jakoś przemawia do mnie bielizna firmy MROFI. Cenowo chyba znośnie, i całkowicie patriotycznie ;) A wszystko wygląda tak:

DSC_0067DSC_0068DSC_0069DSC_0071
Zaświtało mi pytanie: drogie Mamy, jak szybko można zacząć używać leżaczka? Czy faktycznie, od pierwszych dni? Czy warto odczekać miesiąc? W sumie, taki leżaczek przestaje się sprawdzać, gdy dziecko zaczyna być bardzo ruchliwe i ciekawe świata – wtedy żadne pasy nie są w stanie go utrzymać w leżaczku. Jakie są Wasze leżaczkowe doświadczenia?

Wyprawa

Muszę sobie pozwolić na nieskromny wpis ;) Właśnie weszłam do domu, padam na ryjek… ale się udało. Co prawda nie jest to tytuł magistra, ale w obecnej sytuacji dla mnie to jest sukces: obroniłam licencjata. W końcu. Po roku walki, męczarni i narzekania została mi ostatnia wizyta na uczelni – odebranie dyplomu. Ależ się cieszę. Ależ jestem dumna z siebie ;)
Korzystając z okazji, że pojechaliśmy do Gdańska, odwiedziliśmy Smyka i kupiliśmy parasolkę do wózka, moskitierę, karuzelkę z pozytywką oraz przwijak. I w końcu dotarło do nas łóżeczko. To znaczy nie samo – szwagierka przywiozła ;) Miało być brązowe – jest białe. Trochę szkoda, ale nie ma co narzekać, bo to zawsze zaoszczędzone parę stówek. W zasadzie pierwszy szok minął, bo jak spojrzałam na pokój to stwierdzam, że białe też będzie pasować. Wszystko pokażę Wam, jak mąż poskłada i pomontuje. Na pewno nie będzie to dziś, ale myślę że po weekendzie pojawią się fotki… A raczej w niedziele wieczorem, bo w poniedziałek będę już na oddziale.
Kto wie? Może pod moją nieobecność Arek się skusi i coś Wam naskrobie? ;)
Ależ jestem zmęczona. Przez najbliższe dni będę leżeć, spać, odpoczywać i się relaksować. Jutro mam w planach jeszcze koktajl truskawkowy – to będzie mój gwóźdź dnia. Należy mi się, dam się rozpieszczać i dopieszczać. W czwartek za tydzień już cała rodzina będzie rozpieszczać kogo innego ;)

Gdzie to KTG ??

W końcu wybrałam się na oddział. I już wiem co i jak. Pani położna obejrzała sobie skierowanie oraz zaświadczenie od okulisty, poprosiła mnie, bym chwile poczekała i podreptała do ordynatora. Ustalenia są takie, że zgłosić się na oddział mam poniedziałek albo wtorek, na godzinę 8. Do tego czasu muszę jeszcze zrobić KTG u mojej lekarz. Nie muszę być na czczo, bo w dniu przyjęcia na oddział zrobią mi badania, a dnia następnego rozwiążą ciąże (jeśli badania będą tak dobre jak do tej pory). Szczerze mówiąc, wolałabym pójść do szpitala już w poniedziałek, żeby we wtorek mieć “najgorsze” za sobą, ale nie wiem kiedy i gdzie uda mi się załatwić KTG. Bo w sumie ani razu nie miałam robionego, a dużo słyszę o tym że dziewczyny pod koniec ciąży biegały co drugi – trzeci dzień i robiły to badanie. A z tego co się zorientowałam,  wykonuje się je w przypadku ciąży zagrożonej, lub jeśli termin porodu został przekroczony. Żaden z tych przypadków mnie raczej nie dotyczy, a podejrzewam, że w szpitalu w dniu przyjęcia i tak mi KTG zrobią. Czasem naprawdę nie ogarniam tej naszej służby zdrowia… chyba przyszły tydzień będzie jednym z najcięższych w moim życiu. Już wczoraj wieczorem miałam stres, a przecież szłam tylko zapytać się i porozmawiać. Dodatkowo okazało się, że Arek nie może ze mną dziś pójść (a przypomnę Wam, że miałam iść wczoraj, ale ze względu na to że Arek chciał mi towarzyszyć, przełożyłam to o jeden dzień) i byłam podwójnie zła bo zmarnował mi jeden dzień, wiedząc jak cała sytuacja jest dla mnie ciężka. Efekt był taki, że zasnęłam dopiero o 2 w nocy,  rano zaspałam i dopiero o dziewiątej, zła jak osa, wyszłam z domu… Myślałam, że cała ta wiedza: “kiedy – co – jak” pomoże mi opanować nerwy i jeszcze lepiej oswoić się z nieuniknionym.
O raju, jakże ja się pomyliłam.
Jestem przerażona.

Pierwsze truskawki za płoty

Mąż wczoraj stanął na wysokości zadania, uprzedził myśli żony i kupił… pierwszy kilogram pysznych Polskich soczystych truskawek ! ! !  ;) Wypiłam chyba z litr koktajlu. Jeneczki, jaki on był pyszny. Szymonowi chyba też smakował, bo później rozpychał się niemiłosiernie. Jestem tak zachwycona tymi truskawkami, że nawet cena – 8 zł za kilogram – jakoś mi nie osłabiła apetytu. :) Uwielbiam sezon na truskawki. Wtedy czuję, że już mamy prawdziwe lato… mimo że za oknem nie zawsze jest “wakacyjnie” – tak jak dziś na przykład. Szaro, chłodno i chyba będzie padać. A ja mam jeszcze miseczkę dorodnych truskawek… niech sobie pada ;)
No dobrze, co u nas w 38 tygodniu? Szymek warzy około 3 190 g. Ułożony nisko i w gotowości do startu. Zbytnio nie narzeka, że mu ciasno (tak powiedziała lekarz, ale to nie jej żeberka obija;) ), odpoczywa i zbiera siły. Nie obyło się bez zachwytów (tak jak ostatnio), jaka to wielka szkoda  że nie będzie porodu naturalnego. Szyjka krótka, mały w gotowości, wszystko poszłoby gładko. I pójdzie. Tyle że na salę operacyjną i pod nóż. I właśnie … dziś miałam skoczyć na oddział, ale mój małżonek koniecznie chce iść ze mną. I chwała mu za to, tylko dlaczego ja musiałam tą “wycieczkę” na jutro odłożyć, bo dla niego ważniejsza praca niż moje niecierpliwe oczekiwanie? Oczywiście ustąpiłam, i wybiorę się jutro z rana na oddział z mężem. Dobrze wiedział, że tak zrobię, bo wiem że też się martwi, oczekuje i niecierpliwi. Jednak zawsze to ja muszę ustępować, walczyć ze sobą… a przecież wie ile mnie kosztuje cała ta sytuacja i bieganie “wokół” szpitala.  Naprawdę, czasem zrozumieć faceta jest mi ciężko :| Informacją pocieszającą jest też stwierdzenie mojej lekarz, że organizm tak ładnie się przygotowuje, że jak przebadają mnie na oddziale to raczej nie powinni mi kazać dłużej czekać. W poniedziałek – wtorek powinno być po wszystkim. Tak się właśnie nastawiam. “nie ma co dłużej czekać na akcję porodową” jak to powiedziała lekarka. Także, ja przez najbliższe dni leżę i pachnę ;) Tryb oczekiwania włączony ;) Jutro relacja z wizyty na oddziale…

Skąd przyleci Szymek ?? ;)


IMG_0743
Tak właśnie spędzaliśmy niedzielę… Zrobiliśmy sobie wycieczkę do Gniewu :) Biegnę szykować się do lekarza. Więcej napiszę później.
Miłego popołudnia ! :)

60, 70, 80…

Już gdzieś wcześniej wspominałam, że przestałam czytać. Nie wiem, czy to moje hormonalne “widzi mi się”, ale czytam wszystko “do połowy” i zostawiam. Za to nagminnie kupuje czasopisma dla mam i czytam od deski do deski… no dobra, może nie od dechy do dechy ale pochłaniam większość z wielkim zainteresowaniem. Dziś kupiłam M jak Mama wydanie specjalne i znalazłam w nim ciekawy artykuł o tym jak to rodziły nasze matki i babki. Szkoda, że tak ciekawy temat został trochę “ogólnie” potraktowany, jednak i tak to co przeczytałam przyprawiło mnie o dreszcze.
W latach 50 – 60 wieku dwudziestego nie rodzono w szpitalach a w tzw. izbach porodowych, na wsi tylko i wyłącznie w domu z pomocą “babki” czyli akuszerki. Nie istniało coś takiego jak opieka okołoporodowa. Kobieta zachodziła w ciążę i po prostu w niej chodziła do rozwiązania.  Wiedza na temat porodu – jeśli była – pochodziła od matki, babki czy koleżanki. Jednak i to zdarzało się rzadko, gdyż temat porodu był tematem tabu. Podobno zdarzało się, że podawano rodzącej środek znieczulający w postaci wódki(!). Izby porodowe dysponowały trochę bardziej sterylnymi warunkami oraz pracowały tam wykwalifikowane położne. Po porodzie kobiety mogły tam odpoczywać jeszcze 7 dni, rodząc w domu, wracały do swoich obowiązków już dnia następnego. Jeśli poród przebiegał z komplikacjami – rodząca była przewożona do szpitala. Cesarskie cięcia były rzadkością. W latach 60 stanowiły 6% porodów. W czasach PRL priorytetem było zmniejszenie śmiertelności wśród rodzących i noworodków.  Dopiero na przełomie lat 70 i 80 wprowadzono karty ciąży, ustalono terminy badań i liczby wizyt u lekarza. Badania USG upowszechniły się dopiero w latach 90. Porody w czasach Polski Ludowej były często traumatyczne. Kobiety, po przekroczeniu sal szpitalnych stawały się bezosobowymi maszynkami do rodzenia. Musiały bezwarunkowo słuchać, często niemiłego, personelu. Obowiązkowe golenie okolic intymnych, lewatywa, zakaz wstawania z łóżka w trakcie porodu, wieloosobowe sale porodowe, zakaz jedzenia i picia, całkowity zakaz odwiedzin – wszystko to było standardem na Polskich porodówkach. Położne, lekarze a nawet salowe często odnosili się do rodzących w sposób wulgarny, strofując je za zbyt głośne krzyki, czy chcąc wymusić określone zachowania. Po porodzie noworodki przenoszone były do osobnych sal, na które nie miały wstępu nawet matki. Dzieci były przynoszone do mam na trzydziestominutowe karmienie co trzy godziny. Po tym czasie dzieciaczki były zabierane, bez względu na to czy się najadły czy nie. Później były dokarmiane sztucznym mlekiem. Dlatego też trudniej było karmić piersią i często zdarzało się że laktacja szybko zanikała. Całkowita izolacja położnic przez 7 dni pobytu w szpitalu argumentowana była obawą przed infekcjami, co wydaje się abstrakcyjne, biorąc pod uwagę opłakany stan porodówek i samych oddziałów ginekologicznych (grzyb, karaluchy, brud). Cesarskie cięcia wykonywano w całkowitej narkozie, a pobyt po operacji wydłużał się do 10 dni. W takim wypadku matka dopiero po dwóch dniach od operacji mogła zobaczyć swoje dziecko.
Właśnie w takich warunkach PRLu przyszłam na świat ja. Straszne. Traumatyczne. Okropne.  Jakże się cieszę, że będę mogła mieć Szymka przy sobie, i męża na każde zawołanie. Cieszę się, że maksymalnie po dobie zostanę zmuszona do wstania z łóżka, że moje dziecko trafi do mnie za każdym razem kiedy będę tego chciała, a mojego męża nikt nie wygoni z oddziału. Czyta się wiele negatywnych opinii o porodówkach dzisiejszych. Chyba tak naprawdę, nie do końca mamy na co narzekać. Choć rozumiem, że wraz z postępem wzrastają nasze oczekiwania…bo skoro jest dobrze, to może być lepiej?