Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Księga RB

Jeszcze będąc w ciąży zakupiłam książkę, która miała mi pomóc w trudnych początkach rodzicielstwa. “Księga Rodzicielstwa Bliskości. Przewodnik po opiece i pielęgnacji dziecka od chwili narodzin” autorstwa Williama i Marthy Sears. Istniały trzy powody, które sprawiły że pojawiła się ona w moich rękach:
  1. nigdy nie umiałam nawiązać kontaktu z dzieckiem
  2. nigdy wcześniej nie byłam rodzicem
  3. sprzeczne informacje dotyczące wychowania napływające z każdej strony (media, znajomi, rodzina)
Pierwszy punkt – nic dodać, nic ująć. Poprostu nie potrafię i koniec. Fakt ten nie przeszkadzał mi do tej pory, jednak wraz z rosnącym brzuchem pojawiała się obawa, że tak samo będzie z moim dzieckiem. “I co ja wtedy pocznę??”. Punkt drugi – co tu dużo pisać… chyba oczywiste ;) No i punkt trzeci. Do tej pory słucham “dobrych rad” nawet od40_norm osób które nie miały nigdy swojego dziecka, ale za to znają mnóstwo opowiastek od znajomych i chętnie się nimi dzielą. (Swoją drogą – takie osoby nigdy nie przestaną mnie zadziwiać, mimo że nie czuję się ekspertem w dziedzinie rodzicielstwa).
Z marszu się przyznam, że książkę przeczytałam do połowy, a po porodzie już wyrywkowo – to co mnie zainteresowało. Początki z tą książką były bardzo dla mnie trudne. Odnosiłam wrażenie, że zawiera ona oklepane mamałygi o miłości, bliskości, jak to w każdym drzemie prawdziwy rodzic… itp. itd. Generalne wrażenie: “jesteś super dobrym rodzicem, bo kupiłeś tą książkę. Będziesz jeszcze lepszym rodzicem jak ją przeczytasz”. Książka sprawiająca wrażenie, że wstępuje się do czytelniczego kółka wzajemnej adoracji…
Jakże zmienił się mój punkt widzenia, gdy na świecie pojawił się Szymek. Co prawda nie jest to dla mnie biblia wychowawcza, jednak warto zajrzeć do tej książki gdy czujemy się niepewnie w czekającej nas roli i obawiamy się, że ciężko będzie nam nawiązać tą nić bliskości. W książce znajduje się ciekawy rozdział o karmieniu piersią oraz o noszeniu dzieci, o płaczu i o spaniu przy dziecku, o trenerach dzieci, równowadze i wyznaczaniu granic w wychowaniu malucha.  Oczywiście wszystko w kontekście rodzicielstwa bliskości. W książce tej pierwszy raz spotkałam się też z pojęciem “trenerów dzieci”. Są to ludzie udzielający rad typu: “nie noś go ciągle bo rozpuścisz”, “pozwalasz spać mu z wami?!” … itp. itd.  Jak się później okazało, takich amatorów mam wokół siebie bardzo dużo. Zaglądam czasem do tej około dwustu stronnicowej “Księgi” by poczytać, upewnić się że dobrze robię. Nie jest to dla mnie wyrocznia – jak wspomniałam wcześniej – i nie ze wszystkim się zgadzam, jednak  sprawdza się, gdy potrzebuję poparcia dla swoich poczynań wychowawczych. Choćby dlatego, że z racji swoich problemów brzuszkowych Szymon sporo czasu spędza na moich rękach (jak narazie tylko one miały sprawczą moc uciszenia malca)  i mam obawy co do tego czy się nie przyzwyczai… W książce znalazłam sporo zalet wynikających z noszenia na rękach, chustowania i innych czynności które mają zacieśniać więź między rodzicami a dzieckiem. Nie wiem, czy nie obróci się to przeciwko mnie, ale wiem że są ludzie którzy popierają moje działania.
podpis BLOG

8 komentarzy:

  1. Mam również tą pozycję, a także kilka innych dotyczących RB, bo jest bardzo się z tym utożsamiam :) W ogóle to książki mamanii należą do moich ulubionych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam jeszcze jedną ciekawą tego wydawnictwa ale niestety fundusze mi się wyczerpały :(

      Usuń
  2. nie czytałam, jednak wiem o co kaman ;) co do noszenia jak słyszę nie nos tyle, bo rozpuścisz, wkurza mnie to, bo to tak jakbyś pomyślał, że niemowlę już chce Tobą manipulować! to raz, a dwa, sama potrzebuję tego noszenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest że w większości przypadków nosi się z przyjemnością. No a jeśli można ulżyć malcowi równocześnie ... to czemu nie?

      Usuń
  3. nie czytalam, ale wydaje sie byc rozsadna

    OdpowiedzUsuń
  4. w ciąży nosiłam się z pomysłem kupienia, aż urodziłam i zapomniałam. ;)
    może teraz nadrobię?
    a. i noszę godzinami. mówią, mi w kółko, że będę tak nosić do matury Tyma jak się nie opamiętam. Ale co robić jak oboje to kochamy...? ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nosić:) I tulić, i kołysać:) Ulubione powiedzenie mojej znajomej "po to jestem mamą, żeby nosić i kołysać, a dzieci po to są dziećmi":)Chyba jedyna taka w moim otoczeniu, która nie uważała ,że noszenie malucha na rękach ma skutkować jego rozpieszczeniem. Dziecko potrzebuje bliskości i ja też tak uważam. Co do książki chętnie bym przeczytała. Obecnie kończę "Zrozumieć dziecko"(wspominałam na blogu)i Tobie również polecam-dużo ciekawych tematów m. in. taki który zainteresuje Cię w szczególności-kolka:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Zapraszam do grona obserwatorów i zachęcam do ponownych odwiedzin.

Twój komentarz pojawi się po zatwierdzeniu.
Anonimom dziękujemy.