Prawa autorskie

Wszystkie posty oraz zdjęcia oznaczone znakiem "okiem-mamy-mlodej.blogspot.com" oraz "Radość i partyzantka" są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Miejsce w żłobku to nie koniec walki...

Bardzo dobrze znam ten moment, kiedy rodzic musi zdecydować się na przekazanie opieki nad swoją latoroślą. Wzywa praca, a dziecko musi zacząć uczyć się funkcjonować w grupie. Zaczyna się wybieranie przedszkola czy żłobka. Czasem jednak zbyt wielkiego wyboru nie mamy. Nie jest tajemnicą, że miejsca w publicznych placówkach tego rodzaju są, delikatnie mówiąc, ograniczone. Sama doświadczyłam opieszałości gminy, choć nam wyszło to na korzyść, bo Szym trafił na najlepszą przedszkolankę, jaką mogłam sobie wymarzyć. 

Miałam możliwość obserwowania zmagań moich przyjaciół o miejsce w żłobku w Gdańsku. Tam dopiero jest wyścig i walka. Jednak ostatecznie udało Im się znaleźć miejsce dla synka. I to nie byle gdzie - w nowym żłobku w pewnej dzielnicy Gdańska. Nowoczesny budynek wykwalifikowana kadra...Uroczyste otwarcie przez samego prezydenta miasta! 
Jak to między za zaprzyjaźnionymi mamami, wymieniamy się doświadczeniami o swoich placówkach. Ja o naszym przedszkolu na Górce, druga mama o swoim żłobku. Nasi synowie ciężko adaptowali się w przedszkolach. Oboje są dziećmi wycofanymi, zdystansowanymi A raczej Szymon był, bo przedszkole zmieniło go o 180 stopni. Natomiast nasz mały przyjaciel z Trójmiasta dalej pozostaje zamknięty. 
Rodzice próbowali nawiązać współpracę z przedszkolankami prowadzącymi grupę malca, jednak na próżno. Panie okazały się bardzo nieprzyjemne, a na wszelkie sugestie reagowały krzykiem i oburzeniem. Bo to nie jedyne dziecko w żłobku, bo nie podadzą soczku z półki w szatni, bo nie wysadzą na nocnik, bo one od tego nie są. 

Czarę goryczy przelała sytuacja, w której jedna z przedszkolanek najpierw była opryskliwa do rodzica, a potem po prostu trzasnęła drzwiami mu przed nosem. Dlaczego? Bo padło pytanie, jak to możliwe że maluch nie zawołał siku, skoro z kimkolwiek jest to siku woła. 
To, co przekazuje mi moja przyjaciółka jest szokujące. Instytucja, która ma pomóc i rodzicom i dzieciom zatrudnia ludzi z przypadku? 
Czy może maluch jest dyskryminowany, bo nie jest towarzyski i uśmiechnięty, a nawiązywanie kontaktu przychodzi mu z trudem?
Ekspertem nie jestem, ale jeśli dziecko nie zaaklimatyzowało się przez rok, a przedszkolanka ma w nosie, mówiąc, że on taki jest, to dla mnie jest jeden wniosek: przedszkolanka jest nie na swoim miejscu, powinna pracować w oborze. Albo na polu w kartoflach.
Odpowiedniego personelu nie zastąpi się murami, nowoczesnymi technologiami czy innymi gadżetami. Nawet najbardziej nowoczesna placówka nie pomoże dziecku odnaleźć się w przedszkolu, jeśli nie będzie w niej ludzi, którzy rozumieją maluchy. 
Te smutne fakty, o super nowoczesnym żłobku są nie tylko smutne. Są żenujące. Przez jedną niekompetentną osobę, instytucja która ma pomagać rodzicom i jest instytucją zaufania, okazuje się wielkim niewypałem. Do tego jeszcze zamiast pomagać, stwarza kolejny problem rodzicom i traumę dziecku. Problem i traumę za którą rodzice co miesiąc płacą ciężko zarobione pieniądze.

Źródło: internet

Edit: Wielokrotne interwencje rodziców u samej dyrektorki placówki pomogło dopiero gdy zmieniła się osoba na tym stanowisku. I nagle okazuje się, że można. Tylko trzeba chcieć. I rodzice muszą tłumnie walić drzwiami i oknami, by uzyskać to, co im się należy. 
Czy tylko ja mam wrażenie, że poziom państwowej edukacji przedszkolnej jest na poziomie minus jeden? W tym roku, w Sztumie w państwowym przedszkolu znowu nie ma miejsc dla trzylatków... i wszyscy nagle zaskoczeni... żenada. 



1 komentarz:

  1. Państwowe, to zapewne darmowe? jeśli tak to przytoczę przedwojenną anegdotę: Gość w hotelu wpada do recepcji i woła - w moim łużku są pluskwy! A recepcjonista na to - A co, za 50 zł to chciałby mieć pan Marlenę Dietrich?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Zapraszam do grona obserwatorów i zachęcam do ponownych odwiedzin.

Twój komentarz pojawi się po zatwierdzeniu.
Anonimom dziękujemy.